Nowy numer 3/2021 Archiwum

Łostowiliście nos...

Panie Kaziku, coście to nojlepszego porobiyli? Jo rozumia, jak Ponbóczek woło, to zarozki trza do Niygo drałować, ale jako to tak?

Kiedy umarł Kazimierz Berger, wielu uczestników Archidiecezjalnej Rybnickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę nie kryło żalu. Pan Kazimierz był człowiekiem orkiestrą, odpowiedzialnym za trasę, którą pielgrzymi podążali na spotkanie z Matką Bożą. W 2019 roku tak pisała o nim reporterka „Gościa”: „Pomiędzy zmęczonymi pielgrzymami przechadza się Kazimierz Berger – kierownik trasy. Jeśli o księdzu kierowniku Pawle Zielińskim można przez te kilka dni powiedzieć, że jest drugi po Bogu, to pan Kazimierz zajmuje trzecie miejsce. Pytany, co tak naprawdę robi kierownik trasy, odpowiada z szelmowskim uśmiechem, że wszystko. Ale kiedy pociągnięty za język zaczyna wymieniać, okazuje się, że nie przesadził ani trochę... Do jego zadań należy koordynowanie kierujących ruchem – zwanych potocznie chorągiewkowymi – i służb porządkowych, dbających o czystość. Kieruje wyjściami poszczególnych grup, organizuje miejsca postojowe, zapewnia noclegi dla kapłanów i sióstr zakonnych... (...) Pracę zaczyna w marcu – wtedy ruszają pierwsze przygotowania. I tak już od... sam nie wie, ilu lat. Wie tylko, że ksiądz Paweł jest piątym kierownikiem pielgrzymki, z którym współpracuje”.

Pięć dni

Kazimierz Berger zmarł nagle 12 listopada. – To była noc przed pogrzebem mamy. Około pierwszej zadzwoniła do mnie bratowa. „Rzykej, bo Kazik umiera”, prosiła – wspomina jego brat ks. Piotr Berger, proboszcz parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Chorzowie Batorym. – Kilkadziesiąt minut później zadzwoniła bratanica i powiedziała: „Tata jednak odszedł” – głos kapłana się załamuje. Jego najstarszy brat to czwarta bliska osoba, którą Pan powołał do siebie w ciągu miesiąca. Najpierw zmarł szwagier, a później kolejno tata – Roman i mama – Maria. Małżeństwo zmarło w odstępie 5 dni. – 22 listopada obchodziliby 72. rocznicę ślubu – podkreśla ks. Piotr, który jest ich najmłodszym synem. Oprócz niego i Kazimierza była jeszcze piątka rodzeństwa: Małgorzata, Bronisława, Jacek, który zmarł jako roczne dziecko, Bernadeta i Cecylia. – Rodzice byli dla nas nauczycielami modlitwy. To w domu rodzinnym dojrzewało moje powołanie do kapłaństwa. Chociaż nie poszedłem do seminarium zaraz po maturze, to kiedy powiedziałem rodzicom o swojej decyzji, nie byli zaskoczeni – wspomina ks. Piotr.

Historia jego rodziców dla wielu współczesnych może wydawać się odarta z romantyzmu: mieszkali w jednej miejscowości, Roman wrócił z wojny i pobrali się z Marią. Ich przykład pokazuje jednak coś bardzo ważnego. – Stałość wyboru – mówi ks. Piotr. – Wiadomo, że nie było łatwo. Tata pracował na kolei, mama nas wychowywała.

Maria Berger przez wiele lat była zelatorką róż różańcowych, jej dni spędzane wspólnie z mężem odmierzała modlitwa. – O 12.30 wspólny Różaniec, a o 15.00 koronka. Nie było dnia, żeby nie uczestniczyli w Apelu Jasnogórskim.

Ajntopf pielgrzyma

Dla chorzowskiego proboszcza najbardziej wyjątkowym wspomnieniem związanym z rodzicami i bratem jest wspólna podróż do Rzymu. – Po moich prymicjach wybraliśmy się we czwórkę. Ja byłem kierowcą, a Kazik pilotem – jechaliśmy autem. W jedną stronę jechaliśmy chyba trzy dni. Rodzice byli przeszczęśliwi, pierwszy raz byli za granicą. Uczestniczyliśmy w audiencji generalnej – wspomnienia sprawiają, że głos ks. Piotra nabiera ciepłych tonów.

Śmierć Marii i Romana nie była zaskoczeniem – oboje powoli gaśli. – Kazik był na to przygotowany. Pamiętam, że nawet powiedział mi, że przynajmniej są znowu razem. Ale informacja o jego śmierci była jak grom z jasnego nieba – mówi ks. Paweł Zieliński, kierownik rybnickiej pielgrzymki. – Z dumą mogę powiedzieć, że zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Dla mnie, niedoświadczonego, był gwarantem, że wszystko na pielgrzymce będzie jak trzeba. W tym roku, kiedy szliśmy w pięciu, Kazik też czuwał nad naszą trasą.

– Pielgrzymka to było całe jego życie. Czasem pytałem, czy ma jeszcze na to siłę. Sądzę, że rodzice byli z niego dumni. Nigdy nie powiedzieli tego głośno, ale zawsze chłonęli jego relacje popielgrzymkowe – przyznaje ks. Piotr. O tym, jak mocno osoba Kazimierza Bergera jest związana z rybnicką pielgrzymką, najlepiej świadczą wpisy jej uczestników na Facebooku. „Panie Kaziku, coście to nojlepszego porobiyli? Jo rozumia, jak Ponbóczek woło, to zarozki trza do Niygo drałować, ale jako to tak? Kiery sam nos bydzie wachowoł, coby my trefili bez problymu na Jasno Góra i na czas? Wiym, wiym, znomy na pamiyńć i po cimoku ta droga, ale to już nie bydzie to samo. Dyć mieli my ciś na bezrok do Czynstochowy, bo wiela to idzie z tym kowidym strzimać… Łostowiliście nos, nie czekaliście, śpiychało sie Wóm. No, jo sie wcale a wcale Wom niy dziwuja … Nojświyntszo Paniynka terozki jest Wom fest rada, zarozki pewnie narychtuje Wom nojlepszy ajntopf piylgrzima… wreszcie se połosprawiocie, po leku, żodyn już Wos niy bydzie szterowoł” – napisała Alina Broda.

– Wie pani, po tym wszystkim powiedziałem: „Panie Boże, dziękuję za liczną rodzinę. Dzięki nim nie zostałem jak Hiob”. Bo taka jest prawda. Wspieramy się. Nie wiem, jak by to wyglądało, jakbym został sam – mówi ks. Piotr.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama