Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ślązok z Boliwii

Wydawało mu się, że w czasie odmawiania litanii powiedział: „Od ślepoty wyzwól nas, Panie”. Wybuch śmiechu wiernych w kościele uświadomił mu, że coś jest nie tak. W dodatku w zakrystii ludzie podchodzili i gratulowali mu: „Ojcze, to było dobre! Prosimy częściej”.

Ojciec Cezary Domogała rodem z Katowic-Panewnik, który był wtedy młodym misjonarzem w Boliwii, pobiegł zajrzeć do słownika. – Okazało się, że zamiast „de la ceguera” powiedziałem „de la suegra”. Wyszło: „Od teściowej wyzwól nas, Panie” – wspomina.

65-letni dziś ojciec Cezary na chrzcie dostał imię Jan. Skończył technikum elektryczne i po maturze wstąpił do franciszkanów.

Przez rok pracował w Polsce, w parafii św. Józefa w Rybniku. Kiedy boliwijski biskup poprosił w Polsce o kapłanów, Cezary postanowił pojechać.

W 1984 r. wylądował w Boliwii wraz z ojcem Eugeniuszem. Język hiszpański szlifował już na miejscu.

Yno dotknij Cezarego!

Przez 20 lat padre Cesar, jak go nazywają Boliwijczycy, pracował w Puerto Quijarro na granicy z Brazylią. To niezbyt bezpieczne miejsce ze względu na działających tam przemytników kokainy. Jeden z handlarzy narkotyków groził kiedyś śląskiemu misjonarzowi śmiercią. – Na szczęście pojawił się jego starszy brat, który obracał się w tym samym środowisku. Groźnie wyglądał z okiem zasłoniętym jak u pirata. I on ostro powiedział temu, który krzyczał, że mnie zabije: „Ty mi yno dotknij ojca Cezarego, to bydziesz mioł zy mnom do czyniynio. Jo był jego ministrantem!” – wspomina misjonarz.

Przemytnicy często wykazują pewną pobożność; niestety, jest ona w dużej mierze zabobonna. W parafii ojca Cezarego mieli dużą cześć dla św. Sylwestra. Jeśli w ciągu roku interesy szły im dobrze, zamawiali Mszę św. w jego wspomnienie. Kiedy jednak komandosi amerykańscy część z nich złapali, przemytnicy uznali, że Sylwester jest nieskuteczny, i przerzucili się na św. Jerzego…

Później Ślązak był proboszczem w San Javier koło Conceptión. Mieszkał w jednym z najciekawszych zabytków świata – w słynnej redukcji wzniesionej ponad 300 lat temu w dżungli wspólnie przez jezuitów i Indian. O takich redukcjach opowiada słynny film „Misja”.

– Boliwia to kraj chrześcijański. Ludzie znają Chrystusa, ale brakuje im dojrzałości – uważa o. Cezary. Problemem bywa także to, że chłopcy wstępujący do seminarium, choć wierzą w Boga, nieraz chcą też wyrwać się z biedy. Taka motywacja jest jednak za słaba, kiedy po święceniach przychodzą pierwsze trudności. – Na 50 wyświęconych może 15 zostaje, inni szybko odchodzą i zakładają rodziny. Nie potrafią wytrwać w kapłaństwie – ocenia misjonarz.

Tłumaczy, że chrześcijaństwo w Polsce ma tysiąc lat, a w Ameryce Południowej zakorzeniło się niedawno. Dlatego misjonarze wciąż są w Ameryce Południowej potrzebni. – Ale są też dojrzałe powołania spośród Boliwijczyków, mamy już biskupów, którzy byli naszymi ministrantami – zastrzega misjonarz.

Serce na zicherce

Ojciec Cezary prowadził na misjach Indian do Boga i pomagał im. Zarażał ich swoją przyjaźnią ze św. Antonim. Kiedyś przyszedł do niego mężczyzna, by pożalić się, że stracił pracę, nie ma na czynsz i chyba wyrzucą go z trojgiem dzieci na bruk. Ślązak zachęcił go do modlitwy za wstawiennictwem Antoniego. – Powiedziałem mu: „Tu św. Antoni mo swoja szporkasa, on się dzieli z potrzebującymi”. Otwieram, a tam było nawet więcej pieniędzy, niż on potrzebował na czynsz. Dałem mu je i mówię: „Kiedyś, jak bydziesz mioł robota, to Antoniemu te pieniądze do szporkasy zwróć, żeby on mógł też pomóc innym”. Za trzy dni ten człowiek przybiegł i powiedział: „Padre, jak się pomodliliśmy za wstawiennictwem św. Antoniego, zadzwonił kolega z Santa Cruz. Zaproponował mi pracę w amerykańskiej firmie, która zajmuje się poszukiwaniem ropy. Będę zarabiał 2,5 tys. dolarów!”. To w Boliwii ogromna suma – mówi Ślązak. Podobnych odpowiedzi na modlitwy widział wiele.

Po 34 latach na misjach o. Cezary wrócił na stałe na Śląsk. – Powód: serce na zicherce – wyjaśnia.

To jego serce zostało tam, na misjach w Boliwii. Nie było jednak wyjścia: z powodu problemów ze zdrowiem lekarze stwierdzili, że ojciec Cezary powinien być pod stałą kontrolą kardiologiczną. W Boliwii o nią trudno.

Franciszkanin wrócił więc do Katowic i teraz kontynuuje swoją misję wśród Ślązaków. Oni nie mniej niż Boliwijczycy potrzebują Dobrej Nowiny.

Misjonarz nie obraziłby się jednak, gdyby w Polsce było cieplej… Tak się przyzwyczaił do klimatu Boliwii, że w Polsce przy 20 stopniach Celsjusza na habit zakłada sweter. Przede wszystkim jednak tęskni, bo Boliwijczycy są mu bardzo bliscy. – Na szczęście my, franciszkanie, mamy klasztory na całym świecie i wszędzie jest nasz dom – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama