Nowy numer 13/2020 Archiwum

Pan Bóg zna moje rozterki

- Czasem jeszcze mam potrzebę poczucia się samowystarczalną gwiazdą. Wtedy widzę, że moja żona trzyma mnie przy ziemi... - wyznaje Jakub Jastrzębski.

Grałem cwaniaka. Pan Bóg upomniał się o mnie po raz kolejny w 2005 roku. Pamiętam, że bardzo dotknęła mnie śmierć św. Jana Pawła II. Moja mama śledziła jego nauczanie, z czego często drwiłem. Ale gdy umarł, to poczułem, że muszę pójść do kościoła. I tak przez cały tydzień trwało moje nawrócenie. (śmiech) Nawet chciałem iść na teologię. Słuchałem płyt z nauczaniem Ojca Świętego i szczególnie dotykała mnie nauka o Westerplatte skierowana do młodzieży. Pamiętam, że doszedłem do wniosku, że tą moją wartością, której muszę bronić, jest... tenis. A potem tydzień pobożności się skończył...

Zawór bezpieczeństwa

Poznałem dziewczynę, przed którą udawałem porządnego. Jednocześnie czułem, że moje drugie życie zaczyna wymykać się spod kontroli. Byłem uzależniony od imprez, narkotyków i pornografii. Zatracałem się w tym, więc pozornie poukładana relacja z moją dziewczyną miała być dla mnie takim poczuciem bezpieczeństwa. Myślałem, że póki ona jest, jest dobrze. To był też czas, kiedy razem z kolegą jeździliśmy na rozgrywki do Niemiec.

W trakcie jednej z tych podróży pokazał mi grę na automatach. Już wiedziałem, że jestem takim typem, który się od wszystkiego uzależnia, ale mimo to dałem się w to wciągnąć. Poszedłem od razu na całość i wszystkie pieniądze pakowałem w maszyny do gry. Najpierw to, co zarobiłem. Potem okradałem najbliższych. Moja dziewczyna dowiedziała się o tym i chciała odejść, ale udało mi się ją udobruchać. Rodzice też odkryli, że brakuje im sporo gotówki. Przyznałem się i pomogli mi spłacić długi. Obiecywałem, że z tym skończę, ale szybko wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

Grałem dalej, piłem i w tym stanie kompromitowałem się przed ludźmi, pytając, czy nie chcą kupić mojej bluzy albo rakiety. Liczyło się tylko to, żeby mieć co wrzucić do automatu i za co wypić. Staczałem się... Przełom zaczął się w święta Bożego Narodzenia. Pierwszego dnia świąt zerwała ze mną dziewczyna. Ona – mój „zawór bezpieczeństwa”, mój dowód, że nie jest ze mną tak źle – postanowiła mnie zostawić.

Załamałem się. Nie mogłem spać, jeść, nic robić. Ulgę czułem tylko wtedy, gdy chodziłem. Więc zacząłem chodzić po Parku Śląskim. Ten amok trwał kilka dni. Na trasie mojego marszu był kościół MB Piekarskiej. Pamiętam, że pewnego dnia poczułem, że muszę tam wejść. Byłem w strasznej desperacji, wiedziałem, że to ostatnia deska ratunku. Wtedy z mojego serca popłynęła najszczersza modlitwa. Zaczął się proces mojego nawracania. Nie było łatwo zerwać z moim drugim życiem, ale wtedy się to zaczęło.

Misja: rodzina

Druga strona mnie wcale nie chciała tak łatwo odpuścić. „Stary ja” przekonywał, że muszę szybko znaleźć dziewczynę. Mama chyba nie wiedziała o moim pomyśle i przypadkiem podsunęła mi portal: przeznaczeni.pl. I znowu złe nawyki wzięły górę – stwierdziłem, że wierząca dziewczyna będzie super, bo nie zostawi mnie tak łatwo i nie skrzywdzi. Justyna – moja żona – była moim pierwszym wyborem.

Zacząłem od tego, że nie powiedziałem jej całej prawdy o sobie. Proces odkrywania był stopniowy, ale poczułem, że mnie to wyzwala. W moim życiu zaczęły się dziać cuda. Do teraz mam jedną zasadę – o wszystkim mówię żonie, która jest dla mnie wielkim wsparciem. Pojechaliśmy razem na rekolekcje, to był kurs Filip. To był mocny kop. Wszedłem w osobistą relację z Bogiem, chłonąłem wszystko jak gąbka. Zrozumiałem, jak wielki jest Pan, jak dobrze zna nasze drogi. I wiedział, jak mnie do siebie przyprowadzić.

Zacząłem walczyć o czystość, podpisałem też Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. I nie piję już osiem lat. To działanie Boga, bo sam nie byłbym w stanie wytrwać. Na kolejny wyjazd pojechałem sam. Na tych rekolekcjach zerwałem z nałogami – odeszły pokusy hazardowe, które jeszcze od czasu do czasu wracały. Umocniłem się w postanowieniu, że nie piję. Przestałem palić papierosy. Skończyła się też codzienna żmudna walka o czystość. Chciałem być jeszcze bliżej Boga. Pojechałem na rekolekcje ignacjańskie.

Modliłem się o pokazanie drogi życia. Dostałem wyraźny znak, że Pan Bóg zna moje myśli, wszystkie rozterki. Poczułem, że powinienem się oświadczyć. Sam pewnie nie byłbym na to gotowy. Jestem przekonany, że to właśnie jest moja misja, ale bez Niego sobie nie poradzę. Czasem jeszcze mam potrzebę poczucia się samowystarczalną gwiazdą. Może to pozostałości z gry w tenisa? To bardzo indywidualistyczny sport. Wtedy widzę, że moja żona trzyma mnie przy ziemi. W jej oczach widzę to, jak widzi mnie Bóg, i widzę, ile jest jeszcze we mnie do uzdrowienia. I wiem, że mam misję dbania o małżeństwo każdego dnia. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

  • Anonim (konto usunięte)
    20.01.2020 11:37
    Od wiary, a właściwie od wszelkich praktyk religijnych też można się uzależnić.
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama