Nowy numer 39/2020 Archiwum

Mury przesiąknięte zbrodnią

– Mama!!! Tu Dziunek!!! Wszystko w porządku!!! – wrzeszczał zza krat ile sił w płucach 15-letni Włodzimierz Czechowski.

Dzięki temu mama po 1,5 miesiąca niepewności dowiedziała się, że jej syn żyje i siedzi na UB w Katowicach. Kraty, zza których krzyczał Włodek, wciąż istnieją. Tysiące ludzi mijają codziennie w Katowicach budynek przychodni przy ulicy Powstańców 31. Mało kto jednak wie, jak wstrząsające historie wiążą się z tym miejscem. Czasem tylko ktoś rzuci okiem na wiszącą na murze tablicę z napisem: „Spójrzcie – oto mury przesiąknięte zbrodnią!”. W czasie wojny w tym miejscu siedzibę miało gestapo, a po wojnie – Urząd Bezpieczeństwa.

Pamięć o strasznych wydarzeniach, które się tutaj rozgrywały, przypominają dzisiaj ludzie z NSZZ „Solidarność” i Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym. 17 września modlili się za tysiące Polaków torturowanych i mordowanych w tym budynku i złożyli przed nim kwiaty. Na tę uroczystość przyszedł też człowiek, który był tu więziony. Nazywa się Włodzimierz Czechowski i jest prezesem śląskiego zarządu Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Stojąc przed gmachem, w którym 71 lat temu „siedział”, opowiedział o tym.

Tajne drużyny

W dniu zakończenia wojny, 8 maja 1945 r., 12-letni Włodek złożył przyrzeczenie harcerskie. Całym sercem zaangażował się w ruch harcerski w Dąbrowie Górniczej. – Gdy wrócili z wojny przedwojenni instruktorzy, harcerstwo nabrało potężnego znaczenia społecznego. Prawie każdy młody chłopak i dziewczyna należeli do harcerstwa. To nie podobało się władzy, która się „utrwalała” – ocenia dzisiaj. Komuniści przystąpili więc do likwidacji patriotycznego harcerstwa, żeby zastąpić go czerwonym. Najpierw pozbyli się z organizacji przedwojennych instruktorów. – Zrodziła się wtedy myśl, żeby stworzyć Tajne Drużyny Harcerskie na wzór Szarych Szeregów z czasów wojny. W Zagłębiu nosiły one nazwę Drużyny Chrobrego – wspomina. Nastoletni Włodek zrywał więc po nocach plakaty propagandowe wieszane przez władze. Na takie akcje chodził zwykle z jednym lub z dwoma kolegami. – Robiliśmy też ulotki i wysyłaliśmy listy z pogróżkami do pepeerowców – wspomina. Pepeerowcy to członkowie Polskiej Partii Robotniczej, rządzący wtedy dzięki moskiewskim bagnetom. Istotny był też inny „punkt programu”. – Chodziło o szkolenie patriotyczne, przeprowadzane w naszych tajnych drużynach harcerskich. Mówiliśmy o historii Polski albo o sytuacji politycznej, która się wytwarza – mówi.

Kipisz mucha nie siada

To kształtowanie ducha w młodych Polakach bezpieka uważała za coś groźnego, co może przeszkodzić w trwałości panowania komunizmu w Polsce. Młodzi harcerze byli więc śledzeni. A kiedy ubecy wiedzieli już o nich dosyć, przystąpili do akcji. – W Dąbrowie Górniczej aresztowano nas czterech. Naszym przywódcą był Bogusław Stradowski i jego wzięli pierwszego w lipcu 1948 roku. Po mnie też przyszli w lipcu. W czasie rewizji kipisz zrobili nam w mieszkaniu taki, że mucha nie siada. Nie było jednej rzeczy na tym samym miejscu – mówi. Włodek został przewieziony na powiatowe UB w Będzinie. Wkrótce wyszedł. – Pozornie wszystko wróciło do normy, ale na początku października aresztowano mnie znowu, z ulicy. Mama przez 1,5 miesiąca nie wiedziała, gdzie jestem – wspomina. Trafił do siedziby UB w Katowicach przy ul. Powstańców. – Warunki były okrutne. Zbita z desek prycza, bez żadnego siennika, poduszki czy nawet koca. Jeden kibel z pokrywą na załatwianie potrzeb fizjologicznych. I od 12 do 20 więźniów politycznych w celi. Do tego na przesłuchaniach od czasu do czasu dostawałem wycisk – wspomina. – Bili pana? – dopytujemy. – Oczywiście. Przesłuchanie wyglądało tak: duży reflektor w oczy, tak że przy wprowadzaniu do pokoju nie było nikogo widać. Mały stołek. Śledczy siadał przy biurku, a za mną... czułem, że ktoś stoi – mówi. Ten ktoś od czasu do czasu kopał w stołek, który przewracał się wraz z chłopakiem. – Parę kopniaków i uderzeń, po czym sadzano znowu na stołek i przesłuchanie trwało dalej. Kazali mi po wielekroć pisać życiorys. Każde drobne przekręcenie w następnym skutkowało dawaniem wycisku: „Cóż to, wy władzę ludową cyganicie od najmłodszych lat?!” – relacjonuje dawny więzień. Zapamiętał, że raczej nie bito go w twarz. Resztę ciała miał jednak solidnie posiniaczoną. – U innych było gorzej. Mieliśmy w celi oficera pilota, już nie pamiętam, z którego dywizjonu myśliwskiego, który wrócił z Anglii. Opowiadał nam, że miał trzy zestrzelenia Niemców pewne i sześć prawdopodobnych. Chciano na nim wymusić przyznanie się, że jest szpiegiem. Strasznie był maltretowany. Po przesłuchaniach wrzucano go do naszej celi jak worek kartofli. On i inni wracający z Zachodu chcieli po wojnie wrócić do ojczyzny, do domu, a trafili do kaźni – ocenia. Przesłuchania odbywały się nocą na wyższych piętrach. – Na kręconej klatce schodowej były założone siatki sznurowe, ponieważ zdarzało się, że prowadzeni do góry więźniowie skakali, odbierając sobie życie – mówi. Dzisiaj w tym miejscu jest zamontowana winda.

Krzycz, nie gadaj

Przez około 1,5 miesiąca bliscy nie wiedzieli, gdzie jest Włodzimierz. Ojciec zmarł w czasie wojny, więc szukali go mama z bratem. – W celi zawsze znajdzie się więzień, który dyryguje, zaprowadza porządek w tym zespole ludzi, rozstrzyga spory, decyduje, gdzie kto ma spać. Kiedyś ten nasz samorzutny „celowy” otworzył okno i mówi: „Taka pani z dzieckiem długo tutaj chodzi, już ją przeganiają wartownicy. Zobaczcie, czy to ktoś z waszych znajomych”. Wszyscy po kolei wskakiwali na pryczę i zaglądali przez okno: „Nie znam”, „nie znam”. „Celowy” pyta: „Wszyscy już byli?”. Odpowiadają: „Został jeszcze ten z judasza”. A to byłem ja... Kazali mi stanąć na judaszu i pilnować, no to stałem. Celowy mówi: „To dawaj go!”. Poleciałem do okna i mówię: „Rany Boskie! To jest moja matka z bratem! I ona nie wie, gdzie jestem, bo mnie aresztowano z ulicy” – wspomina Włodzimierz. Nieformalny szef celi powiedział na to 15-latkowi: „No to krzycz”. Chłopak wiedział, że wszyscy w celi za to zapłacą. „Ale będzie łomot...” – zaczął. Starszy więzień przerwał mu jednak: „Krzycz, nie gadaj”. Włodek wrzasnął więc, ile sił w płucach: „Mama!!! Tu Dziunek!!! Tu jestem, wszystko w porządku!!!”. Do jego matki i brata natychmiast podbiegli wartownicy. – I nam też od razu łomot zrobili, bo przecież nie wolno było okna uchylać – wspomina. W Wigilię 1948 r. Włodek ze swoim kolegą Szmitem zostali wywiezieni do Poznania. Widzieli za oknami katowickich mieszkań choinki i zapalone świece. Było im przykro. – Dwóch skutych szczeniaków było prowadzonych przez trzech żołnierzy KBW pod bronią – mówi.

Odkupienie win

Ostatecznie wraz z 54 harcerzami i harcerkami z całej Polski trafił do Kalisza. – Szkolono nas, co mówić w sądzie. Wymuszano na nas pogląd, że harcerstwo jest wrogo ustosunkowane do Polski Ludowej i Związku Radzieckiego. Tak rzeczywiście było, po to była ta organizacja... My jednak akurat tego podpisać nie chcieliśmy i za to dostawaliśmy wycisk – wyjaśnia. 28 czerwca 1949 r. wszyscy niepełnoletni harcerze zostali niespodziewanie wyrzuceni za bramę. Każdy dostał świstek z pieczęcią „Zwolniony z aresztu śledczego”. – Byliśmy rozbici i wystraszeni. Nie podjąłem już działalności konspiracyjnej – opowiada. Jednocześnie zaczął się proces tych wszystkich harcerzy, którzy już mieli skończone 18 lat. – Dostali wyroki od 3 do 11 lat więzienia. Skazano też dwóch moich kolegów, starszych ode mnie Stradowskiego i Szmita. W międzyczasie władza rozprawiła się z harcerstwem, wyrzucając je ze szkół średnich i usuwając starą kadrę – relacjonuje Włodzimierz Czechowski. Na wolności skończył szkołę górniczą, jest autorem patentów dotyczących mechanizacji górnictwa. Pełnił kierownicze funkcje w przedsiębiorstwach z branży górniczej i budowlanej. Był m.in. dyrektorem Fabryki Domów w Kielcach, koordynował budowę mieszkań dla pracowników Huty Katowice. W wolnej Polsce w IV kadencji Sejmu był posłem Krajowej Partii Emerytów i Rencistów, wybranym z listy Samoobrony. Mieszka w Katowicach, wychował troje dzieci, ma czworo wnuków. W gmachu przy Powstańców 31 wciąż są pamiątki po czasach gestapo i UB. W piwnicach zachowały się drzwi do cel, wyposażone w judasze. W oknach najniższej kondygnacji tkwią te same kraty. Pracownicy przychodni pokazali nam też miejsce za oknem pracowni rentgenowskiej, w którym stała szubienica. Przychodnia działa tutaj od roku 1985. – Jej pierwszy dyrektor wspominał, że po przejęciu budynku od milicji w dawnych celach znalazł jeszcze takie ślady po torturach jak zaschnięta krew i powyrywane włosy – mówi Danuta Pomietło z zakładowej Solidarności. Od 11 lat dyrektorem przychodni jest Grzegorz Nowaczyński. – Misja, którą my teraz tutaj wykonujemy, czyli pomoc ludziom chorym, jest chyba swego rodzaju odkupieniem win związanych z tym miejscem – ocenia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama