Nowy numer 43/2020 Archiwum

Bizneswoman z litości

Zainteresowała się biznesem dzięki swojej pracy... sprzątaczki.

Założyła punkt skupu. Kupiła maszyny, które prasowały papier. Jej pracownicy rozbierali też stalowe konstrukcje, np. tunele szklarniowe.

Umiera Mirek

Była pierwszą animatorką śląskiego oddziału Duszpasterstwa Przedsiębiorców. To tutaj poznały się z Renatą Kiwacką. – Krótko wcześniej nagle zmarł mój mąż. Byliśmy zgranym małżeństwem. Miałam też wtedy bardzo poważny problem zawodowy – zaznacza. – Małgosia na koniec spytała, czy przyjdę znowu. Mówię, że tak. A następnym razem mnie już zapytała: „Dlaczego ma pani takie smutki w oczach?”. Byłam zdumiona, że ktoś może tak wnikliwie patrzeć na człowieka – dodaje.

Pogadały. Małgosia mówiła z jakąś dziwną mocą: „Wszystko minie. Proszę przyjąć, że tak miało być, że tak jest dla pani najlepiej. Że pani mąż zmarł, to pani współczuję. Proszę go powierzyć Bogu, my też go będziemy powierzać. Ale te sprawy zawodowe – to się wszystko rozwiąże”.

Tak się stało.

Nie była wykształcona, ale rozumem i instynktem – jak twierdzą jej znajomi – mogła obdzielić wielu mędrców tego świata. Często pytała: „Po co, Panie, mnie tu postawiłeś?”. Mówiła, że życie samo przynosi wezwania, wystarczy tylko nasłuchiwać.

Sama przeżyła największy ból, jaki może spotkać matkę. W 1990 r. zachorowało jej najmłodsze dziecko – syn Mirek. Lekarka dała diagnozę: białaczka. – Nie, to jest niemożliwe – jęknęła Małgosia.

Szansą były drogie leki z Niemiec. Chorzowska Huta Batory była jej wtedy winna dużą kwotę za odbiór stali. – Małgosia rano usiadła w sekretariacie i oświadczyła, że nie wyjdzie, dopóki dyrektor nie znajdzie dla niej 10 minut. Tak osaczony dyrektor w końcu wyszedł. I po rozmowie kazał księgowym natychmiast spłacić dług – relacjonuje Renata.

Ruszyła więc do Niemiec, ale tam poprosiła o leki dla... trzech osób. – Razem z moim synem w szpitalu jest dwóch chłopców. Nie mogę tylko synowi przywieźć lekarstwa, a im nie – wyjaśniała.

Niestety, na lekarstwa dla trzech pacjentów pieniędzy było za mało.

Farmaceuci, który mieszali te leki, zadzwonili wtedy do profesora, który leczył Mirka, oraz do Caritas. Usłyszeli, że Małgosia nigdy od nikogo nie chciała wsparcia. Przygotowali więc te leki... za darmo. Wzięli zapłatę tylko za użyte komponenty. Pieniędzy wystarczyło. – Małgosia mówiła mi potem: „I powiedz mi moja droga, czy w tym nie ma palca Bożego?” – wspomina Renata Kiwacka.

Po roku w szpitalach Mirek wymógł zwolnienie go do domu. – Mamusiu, już i ty, i ja wiem, co się będzie działo, ale koniec chcę spędzić na twoich kolanach – powiedział.

– Ja mówię: „Jakkolwiek będzie się dziać, dziecko, idziesz do domu, i sobie będziemy jakoś z tym radzić. I tu... Tu żeśmy z tego domu go odprowadzali – mówiła w filmie Małgorzata. W tej jedynej wypowiedzi załamał jej się głos.

Bóg zwraca kasę

Mimo własnego dramatu wciąż więcej Bogu dziękowała, niż prosiła. – Bezsenne noce pomagają mi w tym, żeby się modlić – śmiała się.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama