Nowy numer 43/2020 Archiwum

Katastrofa na A1

– Pomocy! Jestem w ciąży, tak się boję – wołała dziewczyna z zakrwawioną twarzą. – Dejte deku, jemu zima! (dajcie koc, jemu jest zimno) – krzyczał Czech, pochylony nad kolegą na autostradzie A1 w Gorzyczkach.

O zderzeniu dwóch autokarów nad samą granicą w Gorzyczkach polskie i czeskie służby dostały sygnał 21 kwietnia około 9.30. W jednym autokarze jechało 30 Polaków, w drugim 30 Czechów. Autostradę A1 wypełnił zmieszany jęk i krzyk po polsku i czesku. A potem zaczęło się sprawdzanie, jak zareagują służby. Ten wypadek był bowiem wielkim ćwiczeniem „Autostrada 2016” – sprawdzianem przed zbliżającymi się Światowymi Dniami Młodzieży. Na nitce autostrady prowadzącej w drugą stronę stali polscy i czescy oficerowie oraz urzędnicy, którzy bacznie wszystko obserwowali. Pierwsze „podpuchy” dostawali już dyspozytorzy, którzy przyjmowali zgłoszenie. Trzymający się za głowę mężczyzna z telefonem trochę nieskładnie mówił do słuchawki, że jemu udało się wydostać, ale sporo pasażerów nadal jest uwięzionych w autokarze. – A mam się teraz rozłączyć? – zapytał. Widać dyspozytor kazał mu zostać na linii. Jako pierwsi na miejsce dotarli polscy policjanci. Rzucili się do wyprowadzania i wynoszenia ludzi.

Wkrótce od Nowego Bohumina, którego bloki mieszkalne z miejsca wypadku są widoczne prawie na wyciągnięcie ręki, nadjechał pierwszy czeski wóz strażacki. A potem na autostradzie już zaroiło się od służb. Wylądował nawet śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Pozoranci, odgrywający rolę pasażerów autokarów, sprawdzali służby na całego. Uwagę ratowników próbowali odciągnąć „lżej ranni”. Policjanci musieli właściwie zareagować, gdy podszedł do nich zszokowany, pobudzony pasażer z zaciśniętymi pięściami. Kobieta, którą policjant już raz ewakuował z autobusu, po chwili próbowała dostać się tam ponownie. I do tego czescy pozoranci, dla utrudnienia, mieli zakaz rozmawiania z ratującymi ich służbami po polsku... – Ne rozumim! Ne rozumim! – krzyczał jeden z nich do polskich strażaków. – Musimy być przygotowani na takie wypadki. Dzisiaj jest to przypadek Polaków i Czechów, ale w przyszłości może to być autobus z Japończykami czy Chińczykami. Wtedy służby też muszą porozumieć się z osobami, które potrzebują pomocy – komentował na miejscu zdarzenia Jan Chrząszcz, wicewojewoda śląski. „Ranni” zostali przewiezieni przede wszystkim do szpitali w Raciborzu, Wodzisławiu i Jastrzębiu. 23 Polaków i 9 Czechów, którzy nie wymagali przyjęcia do szpitali, trafiło na salę gimnastyczną szkoły w Gorzyczkach, pełną polowych łóżek, przywiezionych z magazynu Centrum Zarządzania Kryzysowego w Wodzisławiu. Czekali tam już też medycy, psycholog, a także ksiądz Piotr, wikary parafii w Gorzycach, gotów do udzielenia pomocy duchowej.

Grzegorz Kamienowski, zastępca dyrektora Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, zwrócił uwagę, że wśród czeskich służb zabrakło tamtejszego pogotowia ratunkowego. I to nie dlatego, że nie chciało się ono włączyć, lecz z tego powodu, że przepisy zabraniają mu przekraczać granicę. – Przygotowując te ćwiczenia, robiliśmy symulację tras dojazdu do szpitali. Okazuje się, że do szpitala w Raciborzu szybciej można stąd dojechać przez... Czechy. Nasze karetki również nie mogą jednak przekroczyć granicy – powiedział G. Kamienowski. – To są bariery prawne, które już dziś mamy zidentyfikowane. Po ćwiczeniu wojewoda będzie kierował wnioski do właściwego ministra, aby to legislacyjnie uporządkować. Jest ku temu wola zarówno ze strony polskich, jak i czeskich władz – zdradził.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama