Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Dotarł do celu

Ostatni uczestnik pierwszej Pielgrzymki Rybnickiej już nie pojawi się na jej trasie. 92-letni Stanisław Pol zmarł 7 listopada 2015 roku.

Wyszedł w jednym kawałku z dramatycznych sytuacji II woj- ny światowej. Równo 70 lat temu poszedł więc na Jasną Górę, żeby podziękować. Pielgrzymka Rybnicka wzięła się z wdzięczności. Jej plan został przygotowany na przerwie w liceum – dzisiejszym I LO im. Powstańców Śląskich w Rybniku. 22-letni Stanisław Pol umówił się tam z kolegą, Benedyktem Smołką, że po maturze w 1946 r. pójdą do Częstochowy. Benek też dziękował za życie – jako niemiecki żołnierz był ranny. Natomiast Stanisław był dezerterem z Wehrmachtu.

My uciekli z wojska

Został do niego wcielony w maju 1944 roku. W czasie szkolenia pod Wuppertalem umawiał się z licznymi kolegami ze Śląska na ucieczkę. Słyszeli już daleki huk artylerii. Niestety, alianci przegrali bitwę o Arnhem i front się zatrzymał. Ślązaków przeniesiono w Kieleckie i rozdzielono po dwóch między różne oddziały. Staszek uciekł więc tylko z jednym kolegą, Marianem Furgołem z Tychów. W listopadzie 1944 r. obładowali się jedzeniem i amunicją, porwali karabiny i w czasie zmiany wart o zmierzchu czmychnęli w las. Nad ranem dotarli nad Nidę za wsią Sobków.

– Zmęczeni, pukamy do jakiejś chaty: „My uciekli z wojska, czy nie byłoby możliwości...?”. A gospodarze na to serdecznie: „Tak, chłopcy, wyśpijcie się na sianie na strychu, jakby ktoś się zbliżał, to was obudzimy”. To było niesamowite, że podczas tej ucieczki ludzie na wsiach dawali nam schronienie i dzielili się chlebem, choć sami mieli go mało. Strasznie ryzykowali, bo gdyby Niemcy nas u nich złapali, toby im całe gospodarstwo spalili. Tylko raz jeden gospodarz nas płaczliwie prosił: „Idźcie... idźcie...”. Co było robić, poszliśmy szukać pomocy gdzieś dalej. Wybieraliśmy chałupy stojące na uboczu – opowiadał nam pan Stanisław w 2012 roku. Raz do chaty, w której odpoczywali, wpadli jednak polscy partyzanci z AK. Chłopcy o mało nie zginęli wtedy z rąk swoich. – Kazali pokazać, co mamy w kieszeniach. Ja miałem modlitewnik po polsku, poświęcony św. Teresie od Dzieciątka Jezus. Uwierzyli nam. Dowódca znał nasze strony, bo kiedyś robił „na Ymie”, czyli na „Marcelu” w Radlinie – wspominał.

Życie pod schodami

AK-owcy nie zaufali im jednak na tyle, żeby przyjąć do oddziału. Zabrali im broń i mundury, w zamian dali ciuchy cywilne. A później podwieźli kawał drogi furmanką – pod Kromołów. Chłopcy dotarli do Rybnika i ukryli się w skrytce pod schodami w rodzinnym domu Polów w dzielnicy Meksyk. – Raz przyszedł jakiś urzędnik z policji mnie szukać, ale jak mama mu powiedziała, że mnie nie ma, to się tym zadowolił. Widać to jakiś porządny człowiek był, zdaje się Austriak. A przecież gdyby przyszli do domu z psem, toby nas tam znaleźli – oceniał. Po wojnie Staszek wrócił do szkoły, zdał maturę i ruszył na pielgrzymkę. Do niego i Benka Smołki dołączyli jeszcze koledzy ze szkoły: Czesiek Rduch, Walter Burzyński i Kazik Wyciślik, który później został księdzem. – Szedł też Emil Lesik, który był o jedną klasę niżej niż my, bo przez rok siedział w obozie jenieckim w głębi Rosji. On też w czasie wojny zdezerterował z Wehrmachtu, ale, niestety, do Sowietów... To było w Prusach Wschodnich. Pierwszy napotkany sowiecki żołnierz zabrał mu zegarek i buty. Emil tłumaczył, że chce do polskiego wojska, ale Sowieci go wysłali do obozu jenieckiego. Choć ciężko było, przeżył; zwolnili go po roku – mówił Stanisław Pol. Chłopaki w wakacje 1946 r. zaczęli swoją pielgrzymkę od Mszy św. w kościele św. Antoniego – dzisiejszej bazylice.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy