• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Przyślij siostrę!

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 20/2016

    dodane 12.05.2016 00:00

    Niezwykła zakonnica zmarła 80 lat temu w Brzeziu, obecnie dzielnicy Raciborza. Dzisiaj tamtejsza parafia... hucznie to świętuje.

    To siostra Maria Dulcissima, pierwsza rodowita Ślązaczka w drodze na ołtarze. Urodziła się w 1910 r. jako Helena Hoffmann w Zgodzie, dzisiejszej dzielnicy Świętochłowic. Modlitwę o jej beatyfikację zaplanowano na 15 maja w kościele w Raciborzu-Brzeziu. Przyjaciół sługi Bożej wciąż przybywa, choć zmarła przed 80 laty, 18 maja 1936 roku. Miała wtedy 26 lat. „Dulcyzma”, jak nazywają ją mieszkańcy Brzezia, ofiarowywała się Bogu w intencji różnych księży, ale też świeckich. W poprzednim numerze opisaliśmy historię 9-letniego chłopca, który odzyskał wzrok po tym, jak ona ofiarowała za niego własne oko. W Brzeziu ludzie w co drugim domu twierdzą, że doznają nadzwyczajnych Bożych łask dzięki jej wstawiennictwu. Co to za ładna kobieta? Z dzieciństwa pamięta Dulcissimę doktor Helena Burek z Brzezia.

    Gdy pracowała w ośrodku zdrowia, leczyła parafiankę, Łucję Stawinogę, matkę pięciorga małych dzieci. Nikt nie umiał jej trafnie zdiagnozować. – W szpitalu w Raciborzu była przenoszona z oddziału zakaźnego na wewnętrzny, chirurgię i tak dalej. Mimo kroplówek, przetaczania krwi, umierała. Ordynator pozwolił rodzinie zabrać ją do domu. Powiedział: „Ona jest w stanie przedagonalnym” – wspomina pani doktor. – Co przyszłam z pracy, to słuchałam, czy już bije dzwon „Konający”. Mąż mówił: „Co z ciebie za lekarz, jak ty czekasz, kiedy pacjent umrze, zamiast czekać, kiedy będzie zdrowy”. Ja na to: „Wiesz, to jest niemożliwe, żeby ta kobieta przeżyła”. Mówiła to też proboszczowi, ks. dr. Rudolfowi Adamczykowi. – On na to: „Nieprawda, ona będzie zdrowa”. A ja znowu: „Bardzo bym chciała, żeby była zdrowa, ale nie ma takiej opcji”. Nieraz, jak po pracy wstępowałam do kościoła, widziałam księdza z mężem i dziećmi pani Stawinogi. Klęczeli i się modlili – wspomina. Jednym z dzieci Łucji Stawinogi jest Regina Kampka. Miała 8 lat, kiedy w 1956 r. mama zachorowała. – Mój ojciec osiwiał w ciągu trzech dni – wspomina. Dzieci z tatą, proboszcz i siostry prosili Dulcissimę o wstawiennictwo, a matka leżała w szpitalu przez pół roku. – Kiedy już była w agonii, nagle coś ją złapało, szarpnęło i odsunęło od okna, pod którym leżała. Mama opowiadała później, że poczuła dotyk. To był punkt przełomowy w jej chorobie. Wierzę, że to była Dulcissima – mówi Regina. Łucja wróciła do domu. Dzwon „Konający” jednak milczał. „Przegapiłam pogrzeb?” – dziwiła się doktor Burek.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół