• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Do ołtarza po trzech miesiącach znajomości

    jj

    dodane 12.02.2016 11:30

    Poznali się pod koniec lipca 1978 r. We wrześniu wzięli ślub cywilny, w październiku - kościelny. Później wychowali ósemkę dzieci. A teraz już na spokojnie mogą cieszyć się wnukami. Póki co na ziemi jest ich "tylko" 21, w niebie - troje.

    Było lato 1978 r. Henryka, jak zawsze, pojechała na wanogę, obóz dla studentów i absolwentów franciszkańskiego duszpasterstwa akademickiego FODA z Katowic-Panewnik. Na obóz pojechał i Jerzy. Prawie nikogo tam nie znał, ale cel miał jeden – poszukiwanie żony.

    Denerwował ją od początku, bo na wędrowny obóz po Kaszubach zabrał samochód, fiata 126p. A on, kiedy poznał już wszystkie dziewczyny, stwierdził: „Trudno, żonę znajdę gdzie indziej”. Niespełna trzy miesiące później Henryka i Jerzy Chmielewscy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”.

    O pomoc w rozeznaniu powołania poprosili Boga. I to On zatroszczył się o wszystko. On także połączył ich wizje rodziny. Henryka marzyła o szóstce dzieci, Jerzy o trójce. Małżonkowie otrzymali dziewiątkę dzieci, jednak przedostatnie, syn Tomaszek, zmarł przed urodzeniem. Dziś wszystkie dzieci są już dorosłe i niektóre same tworzą wielodzietne rodziny. Jeden z synów Chmielewskich, Patryk, jest w seminarium u salezjanów.

    – Kiedy żona była w szpitalu, bo rodziło się kolejne dziecko, to jakoś musiałem sobie radzić. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to to, żeby dzieci nakarmić, ubrać i pojechać z nimi tam, gdzie jest mama. Kiedy pojawiałem się z nimi na dziedzińcu szpitala, to wywoływaliśmy poruszenie serc innych kobiet. Stawały przy oknie i bacznie nas obserwowały. A myśmy skandowali: „Henryka, pokaż Patryka!” – uśmiecha się pan Jerzy.

    – Albo: „Mamusia, pokaż Piotrusia”. Mąż zawsze był przygotowany, miał jakieś serki homogenizowane, sadzał dzieci na ławce, każdemu dawał łyżeczkę – uzupełnia jego żona. – I wtedy, z konieczności, musiałem nauczyć się coś upiec – dodaje pan Jerzy. – Kiedyś przysłał ciasto, a inne kobiety na to: „Z tyloma dziećmi, jeszcze pani ciasto upiekł!”. Mąż nikomu nie pozwolił pomóc, oczy podkrążone, ale dawał sobie radę – wspomina pani Henia.

    Całość historii przeczytasz w najnowszym numerze "Gościa Katowickiego" (nr 7/ na 4 lutego).

    Przypominamy też o naszym walentynkowym konkursie. Jego zasady znajdziesz TUTAJ.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół