• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Będziesz moją babą?

    Joanna Juroszek

    |

    Gość Katowicki 07/2016

    dodane 11.02.2016 00:00

    Na walentynki. Poznali się pod koniec lipca. We wrześniu wzięli ślub cywilny, w październiku – kościelny. Potem wychowali ośmioro dzieci. A teraz już na spokojnie mogą cieszyć się wnukami. Na razie jest ich „Tylko” 21.

    Było lato 1978 r. Henryka, jak zawsze, pojechała na wanogę, obóz dla studentów i absolwentów franciszkańskiego duszpasterstwa akademickiego z Katowic-Panewnik. Na obóz pojechał też Jerzy. Prawie nikogo tam nie znał, ale cel miał jeden – poszukiwanie żony. Denerwował ją od początku, bo na wędrowny obóz po Kaszubach zabrał samochód, fiata 126p. A on, kiedy poznał już wszystkie dziewczyny, stwierdził: „Trudno, żonę znajdę gdzie indziej”. Niespełna trzy miesiące później Henryka i Jerzy Chmielewscy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”.

    Skarbiec w skrytce

    Niedługo po obozie Henryka miała urodziny. – Przyjechał do mnie, a mama powiedziała, że Henia jest w FODZIE (Franciszkańskim Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego – przyp. J.J.). Przyszedł tam z bukietem róż. A po krótkim czasie zapytał: „Będziesz moją babą?”. „No dobrze”. „To przyjdź w poniedziałek do Urzędu Stanu Cywilnego, weź dokumenty”. Poszłam, ale cały czas myślałam, że on żartuje – wspomina z uśmiechem.

    Można nie wiedzieć, że idzie się na własny ślub...? – Nie, to wiedziałam, ale wtedy szliśmy spisać tylko protokół. W kancelarii parafialnej już się przestraszyłam. Zaskoczyły mnie pytania: czy nie ma przymusu, czy z własnej woli, czy jestem pewna, czemu tak szybko... Zawahałam się i mówię: „Zawsze o ważne rzeczy pytam o. Gaudentego, a on jeszcze nie wrócił. Napisałam do niego list, ale mi nie odpowiedział”. Na to  o. Stanisław, który był w kancelarii, roześmiał się i mówi: „Takie decyzje to trzeba samemu podejmować” – wspomina żona pana Jerzego.

    – To działo się w takim tempie… Ale spotykaliśmy się prawie codziennie. Jerzy wyjeżdżał na delegacje, a ja miałam jeszcze wakacje, bo pracowałam w szkole w Piotrowicach. Gdy jechał do Wrocławia czy Nysy, to mnie zabierał. Po drodze chciałam Jurka lepiej poznać, pytałam go o różne rzeczy, ale on w czasie jazdy nie rozmawia. Do tej pory. No to często się modliłam. O to, czy to ten, czy nie ten. Chyba miałeś w skrytce Skarbiec… – zagaduje męża. – Nie pamiętam – ten odpowiada ze spokojem w głosie. – Musiał tam być – nie daje za wygraną pani Henryka. – Czytałam sobie z niego cały katechizm i wszystkie modlitwy, po kolei. Ja zdałam się na Pana Boga.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół