• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Nie pękam na robocie

    Aleksandra Pietryga

    |

    Gość Katowicki 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Świadectwo. Kiedyś jego widok wzbudzał strach w mieście. Wystarczyło powiedzieć: „Znam Maxa z Giszowca” i najwięksi gangsterzy tracili pewność siebie.

    Drzwi otwiera potężnie zbudowany mężczyzna na wózku inwalidzkim. – Mów mi Max, to mnie wyszczupla – żartuje przy powitaniu. Człowiek legenda. Rzeczowy, nawet lekko surowy w obyciu, o Bogu mówi z czułością: „Tata”. Historia jego życia jest dowodem, że Bóg wyciąga swoje dzieci z największego bagna i troszczy się dosłownie o wszystko.

    – Chłopcem byłem grzecznym, bardzo pobożnym. W kościele spędzałem chyba więcej czasu niż we własnym domu. W 6. roku życia uparłem się, że chcę przyjąć Komunię św. Potem natychmiast zostałem ministrantem, lektorem, kantorem, animatorem…

    Kiedy miałem 12 lat, po raz pierwszy oddałem swoje życie Jezusowi. Mimo że byłem taki młody, zrobiłem to całkiem świadomie, a Jezus wziął moje słowa poważnie. Od przyjaciela baptysty otrzymałem wtedy w prezencie pierwszą Biblię. Później miałem jeszcze wiele innych egzemplarzy Pisma Świętego, ale ten okazał się w moim życiu szczególny…

    Wciągnęła mnie oaza. I tu znowu zaangażowałem się na 100 proc. Byłem animatorem muzycznym, prowadziłem scholę. Razem z moim przyjacielem ks. Markiem Ziętkiem i z kilkoma innymi osobami wydaliśmy śpiewnik „Czy wybrałeś już drogę?”, znany w środowisku oazowym jako „Giszowiec”. Do dzisiaj jest wznawiany. Relację z Bogiem miałem, choć na pewno inną niż teraz. Uważałem, że wszystko to robię dla Jezusa, ale bazowałem na własnych siłach, na jakimś aktywizmie. Na pewno budowałem na piasku i to musiało runąć…

    Z Maxem się nie zadziera

    W tym czasie byłem naprawdę szczęśliwy. Miałem pracę, która była moją pasją, miałem pieniądze, przyjaciół, wspólnotę. Grałem w zespole. I miałem dziewczynę. Piękną kobietę, która była miłością mojego życia, z którą planowałem wziąć ślub, założyć rodzinę. Byliśmy ze sobą 10 lat. I nagle zerwała ze mną. Tak wyszło. To nie była niczyja wina, ale moje życie runęło jak domek z kart.

    Zacząłem o wszystko obwiniać Pana Boga. Nie! Ja Mu wydałem regularną wojnę. Od tego momentu Bóg stał się moim wrogiem numer jeden. Odtąd robiłem wszystko, by sprawić Mu ból. Przestałem chodzić do kościoła. Stałem się zagorzałym antyklerykałem. Zacząłem bluzgać na Boga, bluźnić. Robiłem tylko to, co wydawało mi się, że jest złe w Jego oczach.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Madzik
      14.08.2016 12:07
      Niesamowite świadectwo podziwiam jego wiarę.
    • Maluczki
      14.08.2016 13:57
      Max nie stracił wiary. On się obraził na pana Boga. Obraził się za cudze grzechy. Obraził się za to, że dziewczyna, którą on obdarzył swoją miłością oblubieńczą, nie odwzajemniła tej miłości, bo nie była do niej zdolna.
      Świadectwo Maxa jest też świadectwem tego, jak silna jest miłość oblubieńcza, która jest początkiem miłości małżeńskiej, która jeżeli jest obopólna, jest nierozerwalna. Jedną z głównych przyczyn obecnego kryzysu rodziny jest niezdolność większości młodzieży do miłości oblubieńczej i zupełny brak umiejętności odnajdywania się młodych ludzi, gotowych do wzajemnego obdarzenia się miłością oblubieńczą. Miłość oblubieńcza jest czysta, czyli pierwsza i jedyna.
    • jur
      14.08.2016 20:26
      Z miłością swego życia , po okresie narzeczeńskim zawiera się sakrament małżeństwa. Jeżeli po dziesięciu latach narzeczeństwa nie był zdecydowany na ten sakrament , to jedynym wyjściem "miłości życia" było to co zrobiła.

    • Gość Alaska
      17.08.2016 23:49
      Piękny tekst Olu, zajmująca historia, nasz Ojciec jest zdecydowany na wszystko, żeby tylko nas bronić. Chwała Panu
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół