• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Pozwól mu grać na pianinie

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 02/2012

    dodane 10.01.2013 00:00

    Rocznica konsekracji bp. Hlonda. Miało być inaczej: pierwszy syn poświęcony Bogu, drugi – ojczyźnie. Trzecie i czwarte dziecko miało zastąpić rodziców. Piąte mogło zacząć kolejkę od nowa.

    Powołanie daje Pan Bóg. I jeśli nie piąte, a drugie dziecko Bóg wybierze, to nie można przeszkadzać – tymi słowami miał zwrócić się ks. Franciszek Kaszka, proboszcz mysłowicki, do Jana Hlonda. Bóg z rodziny Hlondów wybrał sobie nie jednego, a czterech synów. Ignac, Gustlik i Toluś kolejno przywdziewali sutanny. Później w ich ślady poszedł także Klimek, który został zakonnikiem.

    Modlitwa o palec

    Młody Gustlik nie do końca umiał się zdecydować, czy chce być sztygarem, klarnecistą czy księdzem. Później, kiedy właściwie był już pewien swojego powołania, uległ wypadkowi, który postawił pod znakiem zapytania jego drogę. Chciał wyręczyć ojca podczas pracy w sieczkarni i za głęboko włożył rękę. Felczer chciał mu obciąć uszkodzony palec, ale młody August nie zgodził się, bo wiedział, że to zdyskwalifikuje go w staraniach o przyjęcie do seminarium. Zszyta rana nie chciała się goić, zaczęła gnić i była obawa, że wda się gangrena. Z ręką na temblaku poszedł na pielgrzymkę do Piekar Śląskich. Powoli zaczął wracać do zdrowia. Po latach o wypadku przypominało tylko lekkie zniekształcenie kciuka. Jego droga do kapłaństwa wcale nie była łatwa. Rodzice Jan i Maria bardzo chcieli zapewnić swoim dzieciom edukację i pomóc im zrealizować swoje powołanie, jednak obawiali się, że nie mają na to wystarczających pieniędzy. Wtedy ktoś podpowiedział im, by wysłali chłopców do salezjanów. Szybko zapadła decyzja i tak 14-letni Ignacy i 12-letni August wsiedli do pociągu z tabliczkami u szyi, na których wykaligrafowane było: „Salesiani – Torino”. W Turynie odebrali staranne wykształcenie. Z innymi chłopcami pochodzącymi z Polski uczyli się języka ojczystego. Ks. Wiktor Grabelski stanął przed nie lada wyzwaniem, by nauczyć chłopców z terenów wszystkich zaborów, mówiących różnymi gwarami, poprawnej polszczyzny. Podopieczni przepisywali niejedną pracę domową i niejeden list, poprawiając błędy. August Hlond szybko dał się poznać jako zdolny uczeń. W Turynie spełniło się jego wielkie pragnienie – rozpoczął naukę gry na klarnecie. Przełożeni docenili jego zdolności, wybierając go jako jednego z kandydatów na studia na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Ks. Giulio Barberis, salezjański katecheta generalny, tak scharakteryzował go w swoim liście do ks. Cesare Cagliero: „Hlond August jest Polakiem o wielkim umyśle, wielkiej cnocie, udaje mu się wszystko. Posiada charakter godny pozazdroszczenia: zawsze wesoły i nigdy o nic się nie obraża. Pozwól mu grać na pianinie, o ile nie odciąga go to od studiów”.

    Honor nuncjusza

    Przełożeni salezjańscy doskonale znali przymioty ks. Augusta Hlonda, nieraz powierzając mu trudne zadania. Jednym z nich była organizacja salezjańskiej placówki w Przemyślu, na terenach podarowanych im przez bp. Józefa Sebastiana Pelczara. Ks. Hlond rozpoczynał pracę w niechętnym, antyklerykalnym środowisku. Mimo to w ciągu dwóch lat działalności udało mu się przekonać do salezjanów wszystkie władze, okolicznych mieszkańców i duchowieństwo. Podobnie było w Wiedniu, gdzie ks. Hlond wyprowadził z długów zakład przy Hagenmüllergasse, dokończył jego budowę, a nawet uzyskał zatwierdzenie Zgromadzenia Salezjańskiego w monarchii i prawa państwowe dla prowadzonych przez nie szkół. Przez cały czas nie tracił kontaktu z ziemiami polskimi, żywo interesując się rodzącą się państwowością i sytuacją na Śląsku. Jak wspomina ks. Bronisław Kant w swojej książce „Sztygar Bożej kopalni”, tylko zmysł dyplomatyczny ks. Hlonda pomógł uniknąć skandalu. „W dniu śmierci prymasa Hlonda, 22 października 1948 roku, ks. Pływaczyk [bliski przyjaciel, z którym poznał się w kolegium salezjańskim – przyp. aut.], snując swoje wspomnienia, powiedział, że to właśnie ksiądz Hlond, mający znajomości w Watykanie, zwłaszcza w Sekretariacie Stanu, uratował nie tylko honor nuncjusza Rattiego, ale również honor Stolicy Świętej i Polski. Mówiąc to, ks. Pływaczyk w pewnym momencie ugryzł się w język i urwał w połowie zdania, a potem dodał mniej więcej takie słowa: »Mam nadzieję, że ze śmiercią księdza Hlonda już mnie nie obowiązuje tajemnica, ale na wszelki wypadek, dla spokoju mego sumienia, lepiej zrobicie, jeśli tego nie będziecie powtarzali, przynajmniej tak długo, dopóki ja żyję«”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół