• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • „Haniku”, pomóż!

    Ks. Paweł Łazarski

    |

    Gość Katowicki 50/2012

    dodane 13.12.2012 00:00

    70. rocznica śmierci kapłana. „Normalną śmiercią nie zginę” – takie zdanie powiedział do swojej siostry, gdy w zakrystii przygotowywał się do Mszy prymicyjnej. Było lato 1939 r.

    Wkościele w Chorzowie Starym rodzina i parafianie cieszyli się z nowego kapłana. Podczas Mszy św. dym z kadzidła owinął się wokół jego szyi, co natychmiast dostrzegli modlący się ludzie. Po latach słowa wypowiedziane przed prymicjami przez ks. Jana Machę miały się spełnić.

    Po prostu „Hanik”

    Urodził się 18 stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. Jego rodzice Paweł i Anna przekazali mu dobre wychowanie i zaszczepili w nim wiarę. W domu mówiono na niego „Hanik”. Uczył się w gimnazjum neoklasycznym w Chorzowie. Gdy zgłosił się do seminarium, które wtedy było w Krakowie, nie został przyjęty, bo... było za dużo chętnych. Zaczął studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po roku, niezrażony wcześniejszą odmową, znowu zgłosił się do seminarium. Tym razem go przyjęto. Biskup Adamski wyświęcił go 25 czerwca 1939 roku.

    Krzywda ludzka

    Po święceniach najpierw pomagał jako wikary w rodzinnej parafii, a potem został skierowany do Rudy Śląskiej, do parafii św. Józefa. Wchodził w kapłaństwo w najbardziej tragicznym momencie historii śląskiej ziemi. Początek drugiej wojny światowej to chwila, gdy wszelkie przejawy polskości na Śląsku były natychmiast likwidowane okrutnymi metodami. „Hanik” widział dramatyczne losy polskich rodzin, zwłaszcza tych, których członkowie przebywali w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Zaczął im pomagać. Prowadził działalność charytatywną w Rudzie Śl., Orzegowie, Goduli, Lipinach, Nowym Bytomiu, Chropaczowie i Łagiewnikach. Aby robić to sprawniej, włączył się w struktury organizacji konspiracyjnej. Od 1940 roku na Śląsku nie można było nawet w kościele używać języka polskiego. Ks. Macha głosił kazania po niemie cku, ale w ukryciu po polsku błogosławił małżeństwa i sprawował pozostałe sakramenty. Nie podobało się to hitlerowcom. Gdy tylko udało im się rozpracować grupę, w której działał, natychmiast go aresztowali i przetrzymywali w więzieniu w Mysłowicach.

    Zegar się zatrzymał

    17 lipca 1942 roku został skazany na śmierć razem z klerykiem Joachimem Guertlerem. Przewieziono go do katowickiego więzienia przy ul. Mikołowskiej. Tam „Hanik” działał duszpastersko wśród więźniów. Pocieszał, spowiadał, podtrzymywał na duchu, głosił kazania. Wieczorem 2 grudnia ks. Jan dowiedział się na wieczornym apelu, że wyrok będzie wykonany tej nocy. Co wtedy myślał? Czy się bał? Najlepszą odpowiedzią są słowa listu, jaki w ostatnich godzinach życia napisał do rodziców: „Jest to moje ostatnie pismo. Po 4 godzinach nastąpi moje stracenie... Pogrzebu mi nie użyczą, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspominał i zmówił »Ojcze nasz«...”. Wyrok wykonano 3 grudnia, o godzinie 0.15. Tej nocy zegar w rodzinnym domu zatrzymał wskazówki, pokazując kwadrans po północy, a kropielnica znajdująca się w sieni przy wejściu spadła na ziemię... Obecność świętego – Po roku od premiery myślę, że to ks. Macha mnie wybrał, a nie ja jego – mówi Dagmara Drzazga z katowickiego Oddziału TVP, która nakręciła film „Bez jednego drzewa las lasem zostanie”, podejmujący losy śląskiego kapłana. Zafascynowały ją postać ks. Jana i słowa z jego ostatniego listu, które stały się tytułem filmu. – Ile trzeba mieć w sobie pokory i skromności, żeby na kilka godzin przed śmiercią takie słowa napisać i pogodzić się z losem? – zastanawia się reżyser filmu. Dzieło już dwukrotnie zdobyło pierwsze nagrody na festiwalach w Niepokalanowie i na Białorusi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół