Dulcissimo, jo je uzdrowiony

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 21/2019

publikacja 23.05.2019 00:00

Poruszające opowieści związane z tą Ślązaczką w drodze na ołtarze przechowują mieszkańcy co drugiego domu w Raciborzu-Brzeziu. Także ponad 80-letnia Teresa Rut Knura.

Dulcissimo, jo je uzdrowiony Helena Hoffmann, czyli przyszła siostra Dulcissima. Reprodukcja Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Teresa mieszka blisko kościoła w Brzeziu. W 1941 roku miała trzy latka. To, co się wtedy zdarzyło, zna jednak doskonale, bo bardzo często opowiadała o tym jej mama, Paulina Błaszczok. To opowieść związana z siostrą Marią Dulcissimą Hoffmann rodem ze Zgody, dzisiejszej dzielnicy Świętochłowic.

Dulcissima ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej, czyli marianek, zmarła w Brzeziu w 1936 roku jako zaledwie 26-latka. Spowiednicy Dulcissimy, inne siostry z Brzezia oraz mieszkańcy wsi byli wtedy głęboko przekonani, że żegnają świętą. Na jej pogrzeb wszyscy ubrali się na biało; jej trumnę, jak na ślubie, prowadziły do grobu druhny.

Siostra się śni

Dulcissima rozmawiała w snach ze św. Teresą, a czasem także z Jezusem i Maryją. Teresa uczyła ją, jak stawać się świętą w codzienności. Ludzie twierdzą, że wokół tej zakonnicy działo się mnóstwo niezwykłych wydarzeń.

Ku zdumieniu lekarzy do zdrowia wracali ludzie, za których się modliła i za których się ofiarowywała. Powiedziała, że chce oddać własne oczy chłopcu, który stracił wzrok i słuch – wkrótce on je odzyskał, ona oślepła. Mówiła o rzeczach, które dopiero nadejdą – na przykład o wojnie, i o sprawach ważnych dla konkretnych ludzi. Bardzo często modliła się za księży. Kochali ją zarówno polscy, jak i niemieccy Ślązacy.

Gdy wybuchła II wojna światowa, Brzezie zostało włączone do Niemiec. Pięć lat po śmierci siostry w tej wsi, w której wszyscy się znali, pojawiła się nieznajoma, elegancko ubrana kobieta. Był rok 1941. – Ta pani podeszła do mojej mamy, Pauliny Błaszczok, która akurat szła po wodę w stronę szkoły. Powiedziała mamie: „Czy leży tu jakoś siostra zakonno, co cuda umi robić?”. Moja mama odpowiedziała: „Ja, tu na cmentarzu. To pódźcie, jo was zawiedam”. Ta pani przyjechała z głębi Niemiec. Opowiedziała mamie, że jej synowi, który został ciężko ranny na wojnie, przez trzy noce z rzędu śniła się ta siostra zakonna i cała droga do Brzezia. Ten syn powiedział w końcu: „Mama, jedź tam. To jest na Śląsku” – mówi Teresa Knura.

Czytaj dalej na następnej stronie

Nieznajoma powiedziała też, że syn poprosił ją o przywiezienie odrobiny ziemi z grobu zakonnicy. Chłopak wierzył, że kiedy mama wróci, zostanie uzdrowiony. – Ta pani pomodliła się na grobie siostry Dulcizmy i wzięła trochę ziemi – relacjonuje córka Pauliny Błaszczok.

Paulina pokazała następnie przyjezdnej, jak dojść do klasztoru sióstr Maryi Niepokalanej, a sama wróciła do swoich córek – w tym do naszej rozmówczyni, która miała trzy latka. – Wtedy jeszcze żyła opiekunka Dulcizmy, siostra Lazaria – mówi pani Teresa.

Przyjezdna długo rozmawiała z siostrami w klasztorze, co oczywiście nie uszło uwagi mieszkańców wsi.

Taki fajny wojok

Dwa lata później, w 1943 roku, w Brzeziu pojawił się młody, przystojny żołnierz niemiecki. Paulina Błaszczok znów od dłuższej chwili stała przy szkole, bo woda do wiadra leciała powoli. – Mama patrzy: „Taki fajny wojok! Kaj on tu idzie?” – wspomina Teresa Knura.

Tymczasem „wojok” podszedł do Pauliny i zapytał o grób siostry Dulcissimy. Powiedział, że dwa lata wcześniej na tym grobie była jego mama i przywiozła mu stąd trochę ziemi. – Moja mama na to: „Ach, to wyście som? Pódźcie, jo wam pokożam!” – mówi Teresa.

Na cmentarzu żołnierz uklęknął, położył czapkę na sąsiednim grobie i zaczął na głos modlić się i dziękować. – Mówił: „Dulcissimo, jo je uzdrowiony!”. Mama wspominała, że on klęczał i płakał. A moja mama stała obok i też płakała.

Żołnierz opowiadał, że jego matka włożyła ziemię z grobu Dulcissimy pod jego poduszkę. Prosto z cmentarza poszedł złożyć świadectwo do klasztoru. Jego wizyta wywarła na mieszkańcach wsi wielkie wrażenie. Od tej pory miejscowi też zabierali do domów ziemię z grobu Dulcissimy – tak często, że trzeba było co jakiś czas jej dosypywać. Ziemię zabierali chorzy, ale też na przykład wybierający się w podróż.

Znane jest świadectwo o sowieckich żołnierzach, którzy w 1945 r. w Brzeziu zdemolowali i przewrócili do góry nogami cały dom w poszukiwaniu „diewuszek”. Nie zajrzeli tylko do jednego, najbardziej oczywistego miejsca: do wielkiej szafy. Najście bezpiecznie przeczekały w niej trzy dziewczęta. Ich matka, zanim je tam zamknęła, obsypała szafę ziemią z grobu siostry.

Czytaj dalej na następnej stronie

– Dulcissima i bydłu pomogała... – mówi Teresa Knura. Opowiada o krowie, która w czasie wojny była żywicielką rodziny u sąsiadów. Nie mogła się ocielić i wydawało się, że padnie. Zrezygnowani gospodarze zostawili ją i odeszli. A jednak, po modlitwie i przyniesieniu ziemi z grobu Dulcissimy, krowa ocieliła się sama i wstała.

Prawie taka sama sytuacja miała też miejsce już po wojnie w gospodarstwie samej Teresy Knury. Dotyczyła kozy i trzech szczęśliwie urodzonych kózek.

Czy ludzie niekiedy nie przesadzali z masowym wykopywaniem ziemi z grobu Dulcissimy? Czy czasem nie traktowali tej ziemi w sposób magiczny? Wydaje się, że nie – jeśli jej „używaniu” towarzyszyła modlitwa. – Ludzie zawsze mieli zamiłowanie do pamiątek. Ta ziemia też była pewną pamiątką – ocenia ks. Alojzy Drozd, postulator procesu beatyfikacyjnego siostry. – To jest to samo co dotykanie dzisiejszego sarkofagu Dulcissimy, gładzenie go ręką. Zawsze była tendencja, żeby dotykać przedmiotów, które w jakiś sposób łączą się z daną świątobliwą osobą – wyjaśnia.

Estera jest zdrowa

Mieszkańcy Brzezia do dzisiaj proszą Dulcissimę o wstawiennictwo w swoich sprawach. Czasem to są sprawy życia i śmierci, częściej zwyczajne, codzienne problemy i zwyczajne dolegliwości. Dzieci modlą się nad jej sarkofagiem zarówno wtedy, gdy proszą Pana Boga o rodzeństwo, jak i przed zwykłymi sprawdzianami.

Teresa Knura urodziła się dwa lata po śmierci Dulcissimy. Jest z nią blisko związana. Twierdzi, że prawie pół wieku temu doświadczyła pomocy tej śląskiej zakonnicy w sytuacji, która może nie była niebezpieczna, ale wtedy dostarczyła jej wiele zgryzoty.

Pani Teresa ze zdjęciem Dulcissimy.   Pani Teresa ze zdjęciem Dulcissimy.
Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Jej maleńki syn Krystian wciąż wtedy płakał. Lekarz z Raciborza, do którego prywatnie woziła chłopczyka, stwierdził, że dziecku nic nie dolega. „Panie doktorze, ale on strasznie płacze!” – przekonywała go Teresa. „To po co macie dzieci, skoro nie umiecie ich chować?” – odpalił zniecierpliwiony lekarz.

Wrócili do domu, gdzie Krystian nadal rozdzierająco płakał. Teresa opowiedziała o swoim zmartwieniu matce. – Moja mama powiedziała: „Weź go i idź ku Dulcizmie”. Tak też zrobiłam: poszłam na cmentarz – wspomina.

Czytaj dalej na następnej stronie

Ledwie zaczęła się modlić, chłopczyk przestał płakać. Prawie natychmiast okazało się, że przyczyna problemu leżała w jelitach i były nim pasożyty.

Wkrótce powiedziała lekarzowi, że wydał błędną diagnozę. I że na szczęście na cmentarzu w Brzeziu leży siostra zakonna, która wszystkim pomaga. – Odpowiedział: „Co za bzdury mi pani opowiada!”. Powiedziałam, że to nie są bzdury i że ludzi, którzy odzyskują zdrowie na jej grobie, jest bardzo dużo. Nie bałam się z nim dyskutować, bo byłam wtedy ławnikiem w kolegium do spraw wykroczeń – relacjonuje.

Mieszkańcy Brzezia przekazują przyjaźń z Dulcissimą z pokolenia na pokolenie. Estera – wnuczka Teresy, a córka Krystiana – urodziła się w Berlinie z wadą kości bioder. Dziewczynka przeszła w niemowlęctwie operację. Chirurdzy założyli jej szynę, która miała rozciągać kości. Zbliżał się termin wymiany szyny na większy rozmiar. Krystian z rodziną był wtedy z odwiedzinami w Brzeziu. – Ta Esterka mi tu strasznie płakała, sączyło się też dużo krwi. To, co przeżywała, było straszne. Syn prosił, żebym się za nią modliła – wspomina Teresa. Zanim goście odjechali zawinęła wnuczkę w koc i poszła na grób Dulcissimy – tak jak kiedyś z jej ojcem. Zawołała siostrę na pomoc. „Esterka mo dostać nowe szyny, ona tego nie wytrzymie!” – modliła się.

Zabieg miał się odbyć dwa dni później w Berlinie. Małą Esterę zbadał tam przedtem lekarz. – Powiedział: „Tu jest cud”. Przyszedł ordynator i potwierdził, że to cud. I że Estera nie potrzebuje już szyn – relacjonuje babcia.

Estera ma dzisiaj 25 lat, jest mężatką i ma małego synka. Niedawno napisała swojej „omie” Teresie, że latem przyjedzie z Niemiec do Brzezia. Chce wtedy też podziękować za własne uzdrowienie w dzieciństwie i poprosić Dulcissimę o modlitwę za jej synka.