• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Afrykańska międzynarodówka

    Krzysztof Błażyca

    |

    Gość Katowicki 10/2015

    dodane 05.03.2015 00:00

    Śląscy misjonarze w Tanzanii. Gdy ks. Edward Gorczaty rozpoczynał pracę w Tanzanii, w całej diecezji były tylko trzy telefony. Dziś wiele się zmieniło, ale tutejsza kultura wciąż zaskakuje przybyszów. W maju misjonarz przyjedzie do Piekar z biskupem Michaelem msonganzila, Tanzańczykiem.

    Wtedy nie mówiło się, ile kilometrów mamy do przejechania, lecz ile czasu nam to zajmie. Dzień, dwa? A i tak nie było pewne, czy dojedziemy... – swoją opowieść o życiu w Tanzanii ks. Edward Gorczaty rozpoczyna bez zbędnych wstępów. Afryka wiele upraszcza. Sposób bycia, relacje międzyludzkie. A od „wtedy” minęły już 42 lata! Do Polski przyjeżdża co jakiś czas, by opowiedzieć o misjach. Sam wrósł w kulturę suahili. Przesiąknął zapachem czerwonej ziemi. Jakoś leci. „Pole pole”, czyli powoli, powoli, jak mówią. Malaria? Właśnie była kolejna. Człowiek się przyzwyczaja…

    Bytom, Butiama, Pszów...

    Poniedziałek. Granicę kenijsko-tanzanijską przekraczam pieszo. W jeepie już czeka o. Maciek Braun, zmartwychwstaniec. Zanim trafił do Tanzanii, był duszpasterzem młodzieży w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Bytomiu.

    No a potem wylądował w Butiamie, skąd pochodził pierwszy prezydent ówczesnej Tanganiki, Julius Nyerere. Maciek o Ojcu Narodu opowiada wiele. Poświęcił mu rozdział „Wambury” – jednej ze swoich czterech książek. Pół roku temu objął nową parafię, we wsi Buhemba. To dopiero początki, ma trochę „hecy” z czarownikami. Przytacza zabawne historie. Niestety, zdarzają się też poważne przypadki. Bo jak czary, to i morderstwa rytualne. Zwłaszcza w rejonie Buhemby, gdzie ludzie, szukając złota, są przekonani o potrzebie krwawych ofiar. – Takich przypadków jest tu wiele. A ci ludzie to często też chrześcijanie. W niedzielę idą do kościoła, a w potrzebie – do czarownika – mówi o. Maciek. We wtorek rzuca: „Jedziemy do Edka”. Ks. Edward Gorczaty był pierwszym misjonarzem diecezji katowickiej, który pojechał do Tanzanii na początku lat 70. Pochodzi z parafii Wszystkich Świętych w Mysłowicach-Dziećkowicach. Misjonarza odwiedzamy w Makoko, szkole suahili, którą prowadzi na porośniętych bujną roślinnością obrzeżach Musomy nad Jeziorem Wiktorii. Jest dobrym znawcą kultury i historii szczepów, wśród których pracuje. – Przyjechaliśmy tu razem z ks. Marianem. W całej diecezji były wtedy tylko trzy telefony: u biskupa, na misji w Karime i w Mpundzie – mówi.

    Kiedy tutaj przybyli, na terenie działali amerykańscy misjonarze ze zgromadzenia Maryknoll. – Dali wiele pieniędzy i – chcąc, nie chcąc – nauczyli ludzi złych przyzwyczajeń, że misjonarze wszystko dają. A ludzie powinni wziąć sprawy w swoje ręce – uważa Maciek. „Maryknolle” w 1964 r. założyli w Musomie szkołę suahili. Jej dyrektorem jest obecnie ks. Edward. – Wcześniej pracowałem cały czas na parafiach. A gdy w 2000 r. „Maryknolle” przekazali nam szkołę, to sobie o mnie przypomnieli. Mówili, że biorą mnie na rok z parafii. No i ten rok jeszcze się nie skończył – śmieje się misjonarz. Wylicza biskupów Musomy, z którymi pracował. Było ich raptem czterech, bo diecezja jest dość młoda. – Najpierw był bp John Rudin, Amerykanin, potem bp Antony Mayala, z którym byłem w Pszowie i w Piekarach. Następnie bp Justin Samba, no i teraz jest Michał. Michał, czyli bp Michael George Mabuga Msonganzila, w Musomie jest od 7 lat. Wcześniej pasterzował w położonej nad Wiktorią malowniczej Mwanzie, którą miejscowi nazywają „miastem na skale”.

    Z biskupem Michałem spotykamy się ot tak, wpadając doń po drodze. Pogodny starszy pan w szykownej afrykańskiej koszuli i z krzyżem z koralików na szyi. W maju razem z ks. Edwardem przyjedzie do Piekar. Opowie pielgrzymom o tanzańskim Kościele.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół