Ja tebe lublu

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 12/2022

publikacja 24.03.2022 00:00

47 uchodźców wojennych goszczą służebniczki w swoim domu prowincjalnym w Katowicach-Panewnikach. Przyjęły też ukraińskie dzieci do przedszkola.

Dzieci dochodzą tu do siebie po trudach ucieczki z ogarniętego wojną kraju. W czasie zabawy szybko uczą się od rówieśników języka polskiego. W drugą stronę też to działa, bo mali Polacy zaczynają używać zwrotów ukraińskich.

– Dzieci naszych uchodźców chodzą też do szkoły podstawowej. Pani dyrektor mówiła, że jeden polski pierwszak wołał już pierwszego dnia: „Ja tebe lublu!”. Ukraińskie dzieci wróciły ze szkoły przeszczęśliwe – mówi siostra przełożona Bonomia.

W dniu, w którym odwiedziliśmy siostry służebniczki, w ich przedszkolu było dziewięcioro Ukraińców. – Nasze polskie i ukraińskie przedszkolaki uczyły się ostatnio liczyć na cukierkach, robiąc z nich paczki po 10 i 15 sztuk. Rozdamy je dzieciom uchodźców na dworcu w Katowicach. Nasze dzieciaki bardzo się cieszyły, że też pomagają. Nie zjadły żadnego z tych cukierków, bo „to jest dla dzieci ukraińskich” – relacjonuje siostra Cypriana, dyrektor przedszkola.

Bilety od Carantuohill

26 uchodźców dostało od zespołu Carantuohill darmowe bilety na koncert. Siostra Gracja zawiozła ich busem do NOSPR-u. – Kiedy o 21.45 wrócili, widziałam, że na moment zapomnieli o tym, co przeszli. Po raz pierwszy byli na luzie, radośni, a nie przytłoczeni – mówi siostra Bonomia.

Uchodźcy, którzy z czasem znajdują mieszkanie „u ludzi”, opuszczają dom sióstr w Panewnikach. Ich miejsce zajmują kolejni wymizerowani przybysze z Ukrainy. Wielu nie spało normalnie od początku wojny, jak Natalia Halay z Kijowa. – 24 lutego o 5.00 rano obudził nas wybuch. Cały nasz dziewięciopiętrowy blok strasznie się zatrząsł – wspomina. Tak kijowianie dowiedzieli się, że napadła na nich Rosja.

Co noc budziło ich wycie syren oznaczające alarm przeciwlotniczy. Nauczyli się kłaść spać w ubraniach. Przy łóżkach leżały przygotowane wcześniej torby z niezbędnymi przedmiotami i dokumentami. Wystarczyło włożyć buty, sięgnąć po torbę oraz kurtkę – i już można było zejść do piwnicy, która pełniła rolę schronu. Wiedzieli, że gdyby blok po ostrzale runął, i tak zostaliby przysypani tonami gruzu. – Najbezpieczniejszym miejscem w Kijowie jest metro, ale tam nie chodziłam, bo jest przeznaczone w pierwszej kolejności dla matek z dziećmi i ludzi starszych – wyjaśnia Natalia.

Gdy syreny obwieszczały odwołanie alarmu, Natalia i jej sąsiedzi wracali do łóżek. Chwilę później zaczynał jednak wyć kolejny alarm... Do rana powtarzało się to po kilka razy.

Natalia nie chciała opuszczać Kijowa, ale poprosił ją o to 28-letni syn Dmitrij. Chłopak skończył prawo, wcześniej nie miał do czynienia z bronią, ale dla ocalenia ojczyzny wstąpił do Obrony Terytorialnej. – Powiedział: „Mamo, wyjedź, będzie mi lżej ze świadomością, że jesteś bezpieczna. Będę mógł się skupić na działaniu”. Często dzwoni, mówi: „U mienia wsjo charaszo” [u mnie wszystko dobrze], „ja nie głodny”. Mówi, że jest spokojnie, choć ja z wiadomości wiem, że tam spadają bomby – mówi Natalia.

W pociągu 1,5 tys. ludzi

Docierające tu matki z małymi dziećmi często nie mają nawet bielizny na zmianę. Nie obciążały się dużymi bagażami, żeby w czasie ewakuacji nie pogubić swoich pociech.

U panewnickich służebniczek spotkaliśmy Olenę spod Lwowa. Z dwojgiem małych dzieci, Daniłem i Sofiją, ewakuowała się autobusem. Przez dwie doby stali na granicy. Jest też Natalia Babkowa z Krzywego Rogu, miasta w samym środku Ukrainy. Przyjechała do Polski w czwartym dniu wojny. W pociągu było 1,5 tys. ludzi ściśniętych jak sardynki, w tym wiele małych dzieci. Niemożliwe było w tym tłoku korzystanie z toalet, więc pasażerowie powstrzymywali się od picia.

W ósmym dniu wojny, gdy ciągłe nocne alarmy odbierały sen udręczonym ludziom, z Ukrainy uciekli także rodzice Natalii Babkowej, Swietłana i Mykoła Kaczyńscy. Ostatnie trzy kilometry do granicy szli pieszo: Mykoła sam niósł dwie torby i podtrzymywał swoją żonę, która ma kłopoty z kolanem. W Krzywym Rogu został ich syn Dmitrij, brat Natalii. – On pracuje w kombinacie metalurgicznym. Teraz robi z szyn „jeżaki”, czyli zapory przeciwczołgowe – mówi Mykoła.

W dniu, w którym rozmawialiśmy, Natalia z rodzicami mieli przenieść się do mieszkania w parafii Adamowice za Rybnikiem. Natalia miała nadzieję, że znajdzie tam pracę w zawodzie – jest fizjoterapeutką. Jej tata Mykoła (z pochodzenia Polak, jego dziadkowie pochodzili z Lublina) jest emerytowanym kierowcą autobusów, a mama Swietłana – emerytowaną pracowniczką laboratorium.

Wszyscy Ukraińcy, z którymi rozmawialiśmy w domu sióstr, prosili o przekazanie wielkich podziękowań Polakom za pomoc. Mówili też, że tęsknią za domem i wrócą tam, gdy wojna się skończy. – Ciało jest tu, ale dusza została na Ukrainie – mówi Swietłana.