Pan Bóg zna moje rozterki

wysłuchała Marta Sudnik-Paluch

|

Gość Katowicki 51-52/2019

dodane 20.01.2020 09:00

- Czasem jeszcze mam potrzebę poczucia się samowystarczalną gwiazdą. Wtedy widzę, że moja żona trzyma mnie przy ziemi... - wyznaje Jakub Jastrzębski.

▲	Mężczyzna mówi, że troska o rodzinę to coś, co zbliża go do Stwórcy. ▲ Mężczyzna mówi, że troska o rodzinę to coś, co zbliża go do Stwórcy.
Marta Sudnik-Paluch /Foto Gość

Miałem pięć lat, kiedy tata przyprowadził mnie pierwszy raz na kort. To była jego wielka pasja. W trakcie studiów na KUL prowadził sekcję tenisa. Dzięki niej poznał św. Jana Pawła II, wtedy kard. Wojtyłę.

Zacząłem trenować. W podstawówce byłem bardzo dobrym uczniem. Miałem świetne wyniki, dużo trenowałem, jeździłem na zawody. Marzyłem, że będę znanym tenisistą i pojadę na olimpiadę. Po lekcjach od razu szedłem na kort. Tata uczył mnie, że powinienem grać taki ofensywny tenis, atakujący. Moim wzorem był Szwed Stefan Edberg, teraz już chyba nikt go nie pamięta. On miał specyficzny styl gry, starał się szybko kończyć akcje. Miałem być tenisistą, a zostałem studentem teologii, mężem Justyny i ojcem. Bez Boga nie byłoby to możliwe.

Zakorzeniony lęk

Gdybym miał wskazać moment, w którym to wszystko zaczęło się psuć, sądzę, że wybrałbym koniec podstawówki. Stanąłem wtedy w obronie kolegi. To obróciło się przeciwko mnie i jego oprawcy zaczęli mnie prześladować. Trochę to trwało, ale nie przyznawałem się rodzicom. W końcu udało mi się jakoś ten konflikt rozwiązać. Dziś nie wiem jak, ale pamiętam, że po tych doświadczeniach zostało we mnie takie poczucie lęku, przekonanie, że jestem słabszy niż inni. Ta nerwowość odbijała się też na moim poziomie gry.

Zaczęła się szkoła średnia – postanowiłem zmienić swój wizerunek, zostawić to wszystko za sobą. Szybko znalazłem towarzystwo osób, które paliły i piły. Poczułem, że ten lęk, który mi cały czas towarzyszy, zmniejsza się po alkoholu – czułem, że mogę wszystko. Znowu wszystko odbywało się kosztem tenisa. Ale w trakcie imprez wykrzykiwałem: „Zobaczycie, jeszcze będę znanym tenisistą. Pojadę na olimpiadę!”. Coraz mniej grałem, więcej piłem. Coraz gorzej szło mi z nauką. Zacząłem o sobie myśleć, że jestem głupi i się nie nadaję. To nie znaczy, że nie czułem, że to, co robię, jest złe.

Pamiętam, jak dostałem pierwszego papierosa. To była większa grupa osób, staliśmy schowani za jakimiś krzakami. Pojawiła się myśl: „Ja palę? Coś jest nie tak!”. Szybko jednak zdusiłem wątpliwości. Imprezowy tryb życia wciągał mnie coraz mocniej. I szybko pojawiły się jego konsekwencje – w klasie maturalnej dostałem zawału. Pamiętam, że to był akurat tydzień, w którym moja mama była w szpitalu. W dniu, kiedy ona wychodziła do domu, ja przyjechałem tam z zawałem. I wiesz, że to wcale nie był dla mnie moment otrzeźwienia? Wręcz przeciwnie – uznałem, że jestem wyjątkowy, bo niewiele osób przechodzi przez taki stan w moim wieku. Nie myślałem, że to Pan Bóg się o mnie upomniał.

Sezon barowy

Sytuację zdrowotną postanowiłem wykorzystać po swojemu. Wtedy pobór do wojska był jeszcze obowiązkowy, ale ja z uwagi na serce dostałem od razu kategorię E. Uznałem to za uśmiech losu – nie będę musiał iść na studia tylko po to, żeby uciec przed wojskiem. Rodzicom wmówiłem, że skupię się na tenisie. Moje życie podzieliło się na dwie ścieżki: oficjalną – treningi i zawody, i tą głęboko ukrytą – związaną z uzależnieniami.

Tata starał się mnie pilnować, zabierał na kort. Mama także wspierała. Ale ja zupełnie się od nich odciąłem. Cynicznie wykorzystałem marzenia taty. Zacząłem dawać pierwsze lekcje i tak zarabiałem jakieś niewielkie pieniądze. Na moje nieszczęście obok kortów otworzył się bar. Pierwszy sezon letni spędziłem tam, pijąc piwo i paląc marihuanę. Niewielkie przerwy w niekończącej się imprezie robiłem tylko na grę i uczenie innych. Wszedłem mocniej w alkohol, narkotyki. Odbijałem w tym wszystkie moje lęki. Dałem się wciągnąć w przestępstwo, bo chciałem się poczuć mocny i ważny.

Grałem cwaniaka. Pan Bóg upomniał się o mnie po raz kolejny w 2005 roku. Pamiętam, że bardzo dotknęła mnie śmierć św. Jana Pawła II. Moja mama śledziła jego nauczanie, z czego często drwiłem. Ale gdy umarł, to poczułem, że muszę pójść do kościoła. I tak przez cały tydzień trwało moje nawrócenie. (śmiech) Nawet chciałem iść na teologię. Słuchałem płyt z nauczaniem Ojca Świętego i szczególnie dotykała mnie nauka o Westerplatte skierowana do młodzieży. Pamiętam, że doszedłem do wniosku, że tą moją wartością, której muszę bronić, jest... tenis. A potem tydzień pobożności się skończył...

Zawór bezpieczeństwa

Poznałem dziewczynę, przed którą udawałem porządnego. Jednocześnie czułem, że moje drugie życie zaczyna wymykać się spod kontroli. Byłem uzależniony od imprez, narkotyków i pornografii. Zatracałem się w tym, więc pozornie poukładana relacja z moją dziewczyną miała być dla mnie takim poczuciem bezpieczeństwa. Myślałem, że póki ona jest, jest dobrze. To był też czas, kiedy razem z kolegą jeździliśmy na rozgrywki do Niemiec.

W trakcie jednej z tych podróży pokazał mi grę na automatach. Już wiedziałem, że jestem takim typem, który się od wszystkiego uzależnia, ale mimo to dałem się w to wciągnąć. Poszedłem od razu na całość i wszystkie pieniądze pakowałem w maszyny do gry. Najpierw to, co zarobiłem. Potem okradałem najbliższych. Moja dziewczyna dowiedziała się o tym i chciała odejść, ale udało mi się ją udobruchać. Rodzice też odkryli, że brakuje im sporo gotówki. Przyznałem się i pomogli mi spłacić długi. Obiecywałem, że z tym skończę, ale szybko wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

Grałem dalej, piłem i w tym stanie kompromitowałem się przed ludźmi, pytając, czy nie chcą kupić mojej bluzy albo rakiety. Liczyło się tylko to, żeby mieć co wrzucić do automatu i za co wypić. Staczałem się... Przełom zaczął się w święta Bożego Narodzenia. Pierwszego dnia świąt zerwała ze mną dziewczyna. Ona – mój „zawór bezpieczeństwa”, mój dowód, że nie jest ze mną tak źle – postanowiła mnie zostawić.

Załamałem się. Nie mogłem spać, jeść, nic robić. Ulgę czułem tylko wtedy, gdy chodziłem. Więc zacząłem chodzić po Parku Śląskim. Ten amok trwał kilka dni. Na trasie mojego marszu był kościół MB Piekarskiej. Pamiętam, że pewnego dnia poczułem, że muszę tam wejść. Byłem w strasznej desperacji, wiedziałem, że to ostatnia deska ratunku. Wtedy z mojego serca popłynęła najszczersza modlitwa. Zaczął się proces mojego nawracania. Nie było łatwo zerwać z moim drugim życiem, ale wtedy się to zaczęło.

Misja: rodzina

Druga strona mnie wcale nie chciała tak łatwo odpuścić. „Stary ja” przekonywał, że muszę szybko znaleźć dziewczynę. Mama chyba nie wiedziała o moim pomyśle i przypadkiem podsunęła mi portal: przeznaczeni.pl. I znowu złe nawyki wzięły górę – stwierdziłem, że wierząca dziewczyna będzie super, bo nie zostawi mnie tak łatwo i nie skrzywdzi. Justyna – moja żona – była moim pierwszym wyborem.

Zacząłem od tego, że nie powiedziałem jej całej prawdy o sobie. Proces odkrywania był stopniowy, ale poczułem, że mnie to wyzwala. W moim życiu zaczęły się dziać cuda. Do teraz mam jedną zasadę – o wszystkim mówię żonie, która jest dla mnie wielkim wsparciem. Pojechaliśmy razem na rekolekcje, to był kurs Filip. To był mocny kop. Wszedłem w osobistą relację z Bogiem, chłonąłem wszystko jak gąbka. Zrozumiałem, jak wielki jest Pan, jak dobrze zna nasze drogi. I wiedział, jak mnie do siebie przyprowadzić.

Zacząłem walczyć o czystość, podpisałem też Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. I nie piję już osiem lat. To działanie Boga, bo sam nie byłbym w stanie wytrwać. Na kolejny wyjazd pojechałem sam. Na tych rekolekcjach zerwałem z nałogami – odeszły pokusy hazardowe, które jeszcze od czasu do czasu wracały. Umocniłem się w postanowieniu, że nie piję. Przestałem palić papierosy. Skończyła się też codzienna żmudna walka o czystość. Chciałem być jeszcze bliżej Boga. Pojechałem na rekolekcje ignacjańskie.

Modliłem się o pokazanie drogi życia. Dostałem wyraźny znak, że Pan Bóg zna moje myśli, wszystkie rozterki. Poczułem, że powinienem się oświadczyć. Sam pewnie nie byłbym na to gotowy. Jestem przekonany, że to właśnie jest moja misja, ale bez Niego sobie nie poradzę. Czasem jeszcze mam potrzebę poczucia się samowystarczalną gwiazdą. Może to pozostałości z gry w tenisa? To bardzo indywidualistyczny sport. Wtedy widzę, że moja żona trzyma mnie przy ziemi. W jej oczach widzę to, jak widzi mnie Bóg, i widzę, ile jest jeszcze we mnie do uzdrowienia. I wiem, że mam misję dbania o małżeństwo każdego dnia. •