Przyjaciele z lepianki

Agnieszka Huf

|

Gość Katowicki 2/2020

dodane 09.01.2020 00:00

"Mama jest w śpiączce" - napisało na Facebooku jedno z siedmiorga dzieci Florence. Z ugandyjskiej wioski wiadomość dotarła do dalekiego Rybnika. Gabrysia i jej wspólnota KANA nie wahały się ani chwili - natychmiast zaczęły organizować pomoc. Po kilku tygodniach nadeszła wiadomość: "Kochani Przyjaciele: Żyję!".

Na Śląsk przyjechała 10-osobowa grupa Ugandyjczyków. Na Śląsk przyjechała 10-osobowa grupa Ugandyjczyków.
z archiwum Gabrieli Szeji

Listów jest znacznie więcej – zajmują już kilka teczek. Są wśród nich długie wiadomości od dorosłych i pisane niewprawną, dziecięcą rączką pisma ozdobione naklejkami z Myszką Miki: „Witaj, Gabriela! Pozdrowienia dla was wszystkich! Jak tam Jakub i jego królik?”.

Jakub afrykańskich przyjaciół raczej nie pamięta – kiedy odbywały się Światowe Dni Młodzieży, miał zaledwie dwa latka. Ale choć od ich wizyty minęło wiele miesięcy, to przyjaźń rybnicko-ugandyjska nie traci na sile. W lipcu 2016 r. pod bazyliką w Rybniku zaroiło się od parafian odbierających swoich międzynarodowych gości. Gabriela Szeja z córkami i małym wnukiem czekała na Florence i Ronniego z Ugandy. Wreszcie dotarli! Trzeba tylko odebrać bagaż i można ruszać do domu. Ale... bagażu nie było. Każde z nich miało ze sobą tylko jedną reklamówkę – w worku Florence znajdowała się puchowa kurtka i czapka. Bo w Polsce podobno jest zimno...

Zaskoczeniom nie było końca. Florence i Ronnie dziwili się temu, co zastali w domu, a gospodarze – zdumieniem w oczach gości. Ci z osłupieniem wpatrywali się w wirujący bęben pralki, z niedowierzaniem wchodzili pod prysznic, z zachwytem dotykali lodu. I piękną angielszczyzną opowiadali o swoim życiu.

Jeden chleb na trzy miesiące

Florence miała wtedy 35 lat, pięcioro własnych dzieci i dwoje przybranych. W Afryce to standard: kiedy ktoś umiera, najbliższa rodzina przygarnia do siebie jego dzieci. A w skromnych lepiankach, w jakich żyli Florence i jej krewni, śmierć przychodzi często... Kobieta pracowała w miejscowej szkole, ale zarabiała grosze. Przyznała, że często jada co drugi dzień, żeby móc wykarmić dzieci, a chleb może kupić rodzinie najwyżej raz na trzy miesiące. Aby opłacić podróż do Polski, musiała sprzedać część malutkiego stadka kóz. Czuła się, jakby okradała rodzinę, ale proboszcz jej parafii powtarzał: musisz jechać.

Ronnie jest kilka lat młodszy, ma dwoje dzieci. Szkołę skończył dzięki pomocy o. Johna Bashobory, marzył o studiach, ale na nie pieniędzy już nie było. Najmował się więc do różnych prac na okolicznych polach. To, co wydarzyło się w ciągu tych kilku lipcowych dni, Gabrysia określa krótko: cud. Kiedy pielgrzymi uczestniczyli w atrakcjach Dni w Diecezji, rodzina Szejów przystąpiła do działania.

Wiadomość o niezwykłych gościach rozeszła się lotem błyskawicy. Znajomi i – co dziwniejsze – nieznajomi zaczęli znosić do jej domu prezenty. Czego tam nie było! Ubrania, zegarki, ciuszki dla dzieci, środki czystości. Jedna z sąsiadek przyniosła dwa nowiutkie telefony, ktoś inny dostarczył walizki. Salon szybko zamienił się w ogromny magazyn. Kto nie miał pomysłu, co kupić, przynosił pieniądze.

Kiedy Ronnie i Florence zobaczyli czekające na nich stosy prezentów... padli na kolana i ze wzniesionymi rękami zaczęli uwielbiać Boga. I choć dostali mnóstwo pięknych przedmiotów, to nic nie wywołało u nich takiego wzruszenia, jak informacja, że jedna z koleżanek Gabrysi zamówiła dla każdego z dziesiątki Ugandyjczyków Msze wieczyste... Ich rozmodlenie poruszało serca gospodarzy. Matthias, parafialny lider i ojciec sześciorga dzieci, po wejściu do domu Szejów stwierdził, że w tym miejscu doświadcza obecności Ducha Świętego.

Jesteś królową Afryki!

Dni na Śląsku mijały szybko. Maryla i Magda, córki Gabrysi, zabrały swoich nowych przyjaciół nad rybnicki zalew. Widok takiej ilości wody wywołał w nich absolutne zdumienie. „Jedziemy na basen!” – pomyślały dziewczyny i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, choć początkowo atrakcji towarzyszył ogromny strach – oboje po raz pierwszy mieli okazję zanurzyć całe swoje ciało w wodzie... Słysząc to, Gabrysia postanowiła urządzić kolejną niespodziankę.

Napuściła pełną wannę wody z pianą, zapaliła świece, postawiła na brzegu filiżankę z kawą. „Jesteś teraz królową Afryki” – powiedziała do Florence. Kąpiel trwała prawie dwie godziny... Później taka sama radość czekała na Ronniego. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy pielgrzymi ruszali w drogę na centralne obchody do Krakowa. Walizki Ronniego i Florence ledwo udało się wepchnąć do autobusu. Przy pożegnaniu wszyscy płakali. – Przez te kilka dni zobaczyłam, jak wielu jest ludzi dobrej woli, gotowych podzielić się tym, co mają. Sami nie dalibyśmy rady obdarować ich tak wspaniałymi prezentami, ale kiedy dużo ludzi da choć troszkę, to dzieje się ogromne dobro. Nie mogłam tego tak zostawić! – opowiada Gabrysia.

Z fasolą do seminarium

Gabrysia jest liderką Wspólnoty Odnowy Życia Chrześcijańskiego KANA przy rybnickiej bazylice. I to do członków swojej wspólnoty uderzyła najpierw. Zaczęli zbierać niewielkie kwoty i co jakiś czas wysyłali do trzech afrykańskich rodzin konkretną sumę. Potrzeby nowych przyjaciół są ogromne. Ugandyjskie szkolnictwo jest płatne – państwowe szkoły istnieją, ale poziom nauczania jest tak niski, że nie daje żadnej możliwości zdobycia wykształcenia. Aby dzieci mogły coś osiągnąć, trzeba zapłacić. A pragnienia młodych ludzi są bardzo konkretne.

Mary, przybrana córka Matthiasa, marzyła o zostaniu pielęgniarką. Dzięki pomocy rybniczan udało jej się dostać do szkoły, w której dziś zdobywa upragniony zawód. Synowie Matthiasa i Florence odkrywają w sobie powołanie do życia kapłańskiego. Chcieli uczyć się w Niższym Seminarium Duchownym, ale wymagana tam „wyprawka” była dla ich rodziców nie do przeskoczenia. Na liście obok anglojęzycznej Biblii czy kołdry i piżamy były nawet worki fasoli i soczewicy. I tym razem KANA nie zawiodła. Dziś członkowie wspólnoty z radością patrzą na zdjęcie dwóch poważnych młodzieńców w nietypowych, bo czerwonych sutannach.

„Ratuj ją!”

– Mamo, syn Florki pisał w nocy na Facebooku, że mama jest w komie. To chyba jakaś miejscowość? – zastanawiała się głośno Magda. – Koma? Przecież to chyba śpiączka! Florence jest chora! – Gabrysia szybko zrozumiała powagę sytuacji. A ta wydawała się tragiczna: kobietę dopadła najcięższa postać malarii i do tego tyfus. Jej szanse na przeżycie były mizerne. „Ona ma siódemkę dzieci! Co się z nimi stanie?” – pomyślała Gabrysia i rzuciła się do boju o życie afrykańskiej przyjaciółki.

Skontaktowała się z księdzem Sylvestrem, opiekunem ugandyjskiej grupy podczas ŚDM. Nic nie wiedział o chorobie. – Jedź, ratuj ją, my zbieramy pieniądze! W ciągu kilku dni udało się zebrać i wysłać do Afryki równowartość 2 tys. złotych. Wystarczyło, aby umieścić Florence w najlepszym szpitalu i opłacić jej leczenie. Personel traktował ją jak VIP-a. Rzadko się tam zdarza, aby mieszkaniec buszu miał pieniądze na terapię. Pieniędzy wystarczyło jeszcze na zakup lepszego jedzenia i witamin na czas rekonwalescencji i na pokrycie kosztów podróży księdza Sylvestra.

Grudniową, śląską szarugę rozgrzał SMS z upalnej Afryki: „Kochani Przyjaciele: Żyję!”. Nauka, leczenie – pieniądze z Polski zaspokajają najważniejsze potrzeby. Ale i pozwalają spełnić te mniejsze marzenia. „Dzięki Wam na Boże Narodzenie jedliśmy MIĘSO!” – pisali niedawno z Ugandy. Gabrysia skrzętnie zbiera wszystkie wiadomości, zdjęcia, listy i przygotowuje z nich broszurki z informacjami dla ofiarodawców. Dzięki temu każdy z nich wie, na co idą pieniądze i co słychać u afrykańskich przyjaciół. Ci odwdzięczają się najlepiej jak potrafią – modlitwą. Intencje członków KANY przesyłane są do Afryki, gdzie cała wioska natychmiast podejmuje modlitwę i wyprasza wiele łask. A otrzymywane filmiki z ciemnoskórymi maluchami, klęczącymi w skupieniu, łamią najtwardsze serca.

Marzenia? Gabrysia ma dwa. Chce móc jak najdłużej pomagać rodzinom Florence, Ronniego i Matthiasa. W końcu przyjaźń zobowiązuje. Pragnie też wspomóc ugandyjskich ewangelizatorów, pracujących z młodzieżą. W Afryce ogromne żniwo zbierają sekty, finansowane często przez bogatych Amerykanów. Aby im przeciwdziałać, Kościół chce wychodzić do młodych, organizując dla nich spotkania i rekolekcje. Ale na to wszystko potrzeba funduszy. Gabrysia jednak jest spokojna. Niejeden cud widziała już przecież w ciągu ostatnich lat.