Erytrejka w Katowicach

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 51-52/2019

publikacja 19.12.2019 00:00

Mieszkająca w Szwecji ciemnoskóra Hareg spodziewała się dziecka. Szwedzkie służby socjalne zapowiedziały, że zaraz po porodzie je odbiorą. 30-latka przyjechała więc do Polski i tu urodziła małego Filipa.

▲	Kobieta i jej syn znaleźli przystań na Śląsku. ▲ Kobieta i jej syn znaleźli przystań na Śląsku.
Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Teraz mama i jej synek przebywają w Katowicach. Opowiemy wam ich historię.

Kobieta pochodzi z Erytrei. To państwo, z którego dociera do Europy chyba najwięcej uchodźców, bo panuje w nim bardzo twardo rządząca dyktatura.

Rodzina Hareg była zamożna. Ojciec pracował w banku. – Kochałam go. Pamiętam z dzieciństwa, jak w jedno ze świąt kościelnych wziął mnie na barana i zaniósł na wielki festyn, gdzie ludzie tańczyli przy ogniskach – wspomina, a jej twarz rozjaśnia piękny uśmiech.

Była najmłodszą w rodzinie córeczką tatusia. Niestety, gdy miała 8 lat, tata trafił do więzienia. Oskarżenie miało związek ze sprawami finansowymi. Hareg uważa, że tak naprawdę ojciec był niewygodnej opcji politycznej. Wyszedł po pięciu latach. Zmarł, kiedy dziewczyna miała 19 lat.

Płakałam trzy noce

W wieku 21 lat Hareg legalnie wyjechała z Erytrei na studia do Szwecji. Zamieszkała z mamą w Sztokholmie i przez cztery lata studiowała informatykę. Niestety, później pojawił się poważny problem: dziewczyna przeszła psychiczny kryzys. Musiała podjąć leczenie psychiatryczne. Brała leki i nie była już w stanie skończyć studiów.

Nie zniknęło w niej jednak pragnienie kochania i bycia kochaną. Pojawił się chłopak, Max, rodowity Szwed. Poznała go w ośrodku terapeutycznym i zakochała się w nim. Zaszła w ciążę.

Wiele innych osób w tak trudnej sytuacji zabiłoby nienarodzone dziecko, ale nie Hareg. Od opiekunów hostelu dla pacjentów usłyszała jednak, że swojego dziecka nie zobaczy. Od razu po porodzie miało zostać jej odebrane.

Do kogo więc miało trafić? Różnie z tym w Skandynawii bywa. Nieraz jest to para homoseksualistów albo ludzie wyznający inną religię, ateiści.

W przypadku głośnej sprawy Rosjanina, który porwał w Szwecji własne córki i uciekł z nimi do Polski, rodzina zastępcza była muzułmańska. W tamtej sprawie zresztą też w tle była choroba psychiczna, na którą zapadła żona Rosjanina. Odbieranie dzieci w krajach dawnych wikingów jest dzisiaj bardzo częste i nieraz pochopne. Stoi za tym filozofia podejrzliwości wobec rodziny, a wręcz przeświadczenie, że dziecko jest własnością państwa.

Informacja o planie odebrania syna, którego nosiła pod sercem, wstrząsnęła młodą kobietą. – Płakałam przez trzy noce – wspomina dzisiaj.

Gdyby pozwolono jej zatrzymać dziecko, nie byłaby przecież z nim sama; wziąć za nie odpowiedzialność była gotowa mama Hareg. Dla szwedzkich służb socjalnych to jednak nie jest argument.

Zwróceni ku słabości

Zgnębiona 30-latka codziennie chodziła wtedy do kościoła. Grupa katolików z Legionu Maryi postanowiła jej pomóc. Ci ludzie pomogli jej zorganizować przyjazd do Polski. Tutaj Hareg szczęśliwie urodziła Filipa. Wsparła ją też polska organizacja pro-life Bractwo Małych Stópek.

Teraz przystanią są dla niej Katowice. Przechodzi tutaj terapię psychologiczną i korzysta z pomocy chrześcijańskiej grupy wsparcia „Zwróceni ku słabości”. – Jak najbardziej może wrócić do pełnego zdrowia – ocenia Anna Czerwińska, psycholog prowadząca grupę. Uważa, że Filip ma szanse dorastać u boku zdrowej mamy. – Psychiatra i specjaliści od laktacji liczą na to, że będzie mogła nawet karmić synka piersią – dodaje.

Psycholog cieszy się, że Hareg już teraz wykazuje energię, inicjatywę i samodzielność. Sama robi zakupy, sama bardzo sprawnie zajmuje się dzieckiem, chodzi z nim na spacery po Katowicach. Z nowymi polskimi znajomymi poszła nawet pobiegać na Stadion Śląski.

Erytrejkę przygarnęła tymczasowo Anna Czerwińska. Co później? Psycholog myśli o założeniu hostelu – mieszkania dla kobiet, które wracają do zdrowia po kryzysie psychicznym. Prowadzi już taki hostel dla mężczyzn, którzy dzielą mieszkanie i wzajemnie się wspierają. – Ona potrzebuje wspólnoty. Nie powinna trafić do domu samotnej matki ze względu na barierę językową i na fakt, że w takich domach przebywają też kobiety z trudnych środowisk – wskazuje.

Wspólnotą jest grupa „Zwróceni ku słabości”, do której trafiła Erytrejka. Łączy ona ludzi przeżywających różne psychiczne trudności z pomagającymi im animatorami. „Zwróceni ku słabości” spotykają się w salce przy katedrze w Katowicach. Wybierają się też wspólnie na rekolekcje, chodzą razem po górach i wspólnotowo się modlą. Spotykają się na ogniskach, zabawach tanecznych i na biegach z maratończykami. To dużo daje, choć pomocy trzeba więcej. – Szukamy też anglojęzycznych wolontariuszy do pomocy i wsparcia w aklimatyzacji młodej kobiety – mówi A. Czerwińska.

Szczegóły na stronie: zwrocenikuslabosci.org. •