Nie można położyć się i czekać

Marta Sudnik-Paluch

|

Gość Katowicki 50/2019

publikacja 12.12.2019 00:00

O wsparciu z góry, które potrzebne jest w każdej sytuacji, mówi Rafał Piech, prezydent Siemianowic Śląskich.

▲	Rafał Piech swoją funkcję sprawuje od 2014 r. ▲ Rafał Piech swoją funkcję sprawuje od 2014 r.
Wojciech Mateusiak

Marta Sudnik-Paluch: Na jakim stanowisku jest zatrudniona Matka Boża i ile zarabia – czy to prawda, że dostajecie takie pytania?

Rafał Piech: Tak, pojawiły się przed wyborami. To była trochę reakcja na moje świadectwo z Niepokalanowa, w którym wspominałem o tym wsparciu Pana Boga i Matki Boskiej w mojej codziennej służbie i misji przebudowy miasta. To sprawiło, że zaczęły docierać do nas pytania, w trybie dostępu do informacji publicznej, o to, na jakim stanowisku pracuje Matka Boża. A my musieliśmy na to odpowiadać. To są zwykłe złośliwości, najczęściej autorstwa osób, którym się wydaje, że są tolerancyjne.

Ale chyba liczył się Pan z takimi reakcjami, dając świadectwo?

Miałem tego świadomość. Czasem słyszę: „Wiesz, to ryzykowne. Dzisiaj nie jest popularne mówienie o Bogu i wierze, bo młodzi patrzą na to negatywnie albo po prostu się wstydzą”. Ale czego tu się wstydzić? Zawsze się zastanawiam, gdy widzę napis na koszulkach „Nie wstydzę się Jezusa”, bo ja uważam, że wstydzić się należy złych czynów.

Leżące po sąsiedzku Piekary oddane są w opiekę Matce Bożej. W ubiegłym roku prezydent Piotrkowa Trybunalskiego również dokonał takiego aktu. Jednak Pan nie tylko uczynił ten gest, ale także daje świadectwo, że jest on potrzebny i przynosi realne efekty.

Jeżeli widzę, że bezgraniczne zaufanie Bogu procentuje, wtedy mówię o tym głośno. A łaski płyną w mojej codziennej pracy. Widzę, jak wiele problemów rozwiązuje się w sposób niewyjaśniony. Myślę, że mój przykład przekona, że to słuszna droga. Oczywiście, to się nie dzieje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: zawierzam i dostaję mercedesa. My musimy zrobić wszystko, co możemy, iść równolegle z łaską Bożą. I tylko wtedy możemy coś zdziałać. Nie można położyć się i czekać.

Po kilku latach pracy na stanowisku prezydenta sam Pan wie, że czasem można wiele działań podejmować, ale efektów brak. Tak jakby się leżało i czekało. I tu chyba przydaje się Boże wsparcie?

Jestem przekonany, że gdyby nie moja obietnica zawierzenia Matce Bożej, w ogóle bym nie wygrał. Nie byłem znany. Start deklarowali dużo bardziej popularni ode mnie kandydaci. Nawet najbliżsi nie dawali mi szans. Byłem najmłodszy. Mój wynik wyborczy to był dla mnie pierwszy znak, że muszę dotrzymać słowa. Potem dowiedziałem się, że data mojego zaprzysiężenia została wyznaczona na 8 grudnia. Nie miałem na nią wpływu, bo to decyzja komisarza wyborczego. Wtedy wiedziałem, że nie mam wyboru. (śmiech) I rok później 8 grudnia oddałem miasto w opiekę Maryi. Zdążyłem na ostatnią chwilę, bo obiecałem, że zrobię to w ciągu roku od rozpoczęcia kadencji.

W swoim świadectwie mówił Pan wprost – szpital w mieście działa tylko dlatego, że zdarzył się cud.

Te problemy ze szpitalem ciągle jeszcze mamy, ale początek mojej pierwszej kadencji był naprawdę dramatyczny. Gdyby nie wsparcie z różnych stron, to pewnie dziś działałby w bardzo okrojonym zakresie. Nawet nie chcę spekulować. A tu okazało się zupełnie nagle, że dostaliśmy 3 mln z nadwykonań i to pozwoliło normalnie funkcjonować przez pewien czas.

Innym „nierozwiązywalnym” problemem były odpady niebezpieczne.

Tu przyznaję, że miałem moment kryzysu. 3 tys. ton odpadów, których zutylizowanie kosztowałoby kilkadziesiąt milionów. Skąd wziąć takie pieniądze? Zewsząd płynęło: „Odpowiadasz za to jako prezydent”. Nie wiedziałem, jak rozwiązać tę sytuację i w trakcie modlitwy po prostu powiedziałem do Jezusa: „Jeżeli chcesz, żebym dalej był prezydentem, to Ty się tym zajmij”. I okazało się, że dwa i pół miesiąca później dostaliśmy olbrzymią dotację rządową. Pomógł nam pan premier.

„Jezu, Ty się tym zajmij” to ulubiona modlitwa na awaryjne sytuacje?

Tak. Akt zawierzenia nie był jednorazowym gestem. W mieście żywa jest tradycja pierwszych sobót. Nigdy o tym nie mówiłem, ale założenie wspólnoty Niepokalanego Serca Maryi było procesem. Takie pragnienie towarzyszyło mi od dawna. Stworzyłem ją z grupą przyjaciół, m.in. z Olą Krążek, która dzisiaj jest jej szefową. Zaczęliśmy od praktykowania pierwszych sobót. Samo zawierzenie to jedno, ale to tylko cząstka. Do tego potrzebnych jest pięć pierwszych sobót. Zaczęliśmy „krążyć” po parafiach jako wspólnota i to trwa do dziś. Obecnie mamy ok. 100 członków aktywnych i są także sympatycy. Za zawierzeniem zawsze powinny iść konkretne gesty.

A jak wygląda dzień prezydenta Siemianowic Śląskich? Jest w nim czas na modlitwę?

Rano idę na Mszę św. i przyjeżdżam prosto do pracy. W ciągu dnia staram się tak układać czas, żeby znaleźć chwilę na intymną relację z Panem Bogiem. Tu nie chodzi o klepanie regułek, ale o dialog. Czasem wystarczy się skupić i dwie minuty pomyśleć, wypowiedzieć akt strzelisty.• marta.paluch@gosc.pl