Abrakadabra i raka nie ma

Marta Sudnik-Paluch

|

Gość Katowicki 8/2019

dodane 21.02.2019 00:00

– Wierzę, że Pan Bóg wyprowadzi z tego dobro. Jeszcze tylko nie wiem, jakie – stanowczo stwierdza jeden z najbardziej znanych w Polsce iluzjonistów.

Tomasz Kabis występował w wielu miejscach,  m.in. w Westernowym Miasteczku Twinpigs w Żorach. Tomasz Kabis występował w wielu miejscach, m.in. w Westernowym Miasteczku Twinpigs w Żorach.
Roman Koszowski / Foto Gość

Na pierwszy rzut oka wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tomasz Kabis przychodzi na spotkanie uśmiechnięty i pełen wigoru. Nie wygląda jak pacjent oddziału onkologicznego w trakcie chemioterapii, po bardzo poważnej operacji usunięcia zmian na sercu i okolicach. – Bo ze mną wszystko jest na odwrót – żartuje. Dzięki temu był w stanie tuż po przyjęciu kolejnej dawki chemii w katowickim szpitalu wystąpić dla innych pacjentów podczas Światowego Dnia Chorego. – A dlaczego nie miałbym się podzielić swoim talentem? Już po wszystkim lekarze i pielęgniarki mówili, że po raz pierwszy na tym oddziale tak niósł się śmiech. Lubię dawać innym radość – mówi. – Nie chcę być takim pacjentem, który biernie podda się chorobie.

Czarodzieje mogą wszystko

O nowotworze dowiedział się w Wigilię Bożego Narodzenia. Pierwsze symptomy – ból barku i w okolicach łopatki – składał na karb przetrenowania. Kaszel krwią nie był przeszkodą w występie.

– Jeden z lekarzy, kiedy zgłosiłem się do szpitala, uznał, że mam zapalenie płuc i niepotrzebnie przyszedłem. Właściwie się ucieszyłem, bo czekałem na potwierdzenie, że to nic poważnego. Jednak na wszelki wypadek postanowiono zrobić mi rentgen. I wtedy okazało się, że diagnoza jest zupełnie inna – wspomina. Długo bił się z myślami, czy i kiedy tę wiadomość upublicznić. – Pan Bóg wie, że lubię trochę gwiazdorzyć, ale mówiąc poważnie, nie wiedziałem, jak to zostanie odebrane. Nie chciałem epatować swoim stanem. Ostatecznie zdecydowałem się na post na Face- booku, żeby uciąć spekulacje. Były osoby, do których ta informacja dotarła wcześniej, trochę okrężną drogą, i nie bardzo wiedziały, jak się zachować – mówi. Ostatecznie 4 lutego napisał: „Dzisiaj światowy dzień walki z rakiem :) Niestety w Wigilię okazało się, że dzisiejszy dzień to również moje święto :) Teraz już tak oficjalnie, bo często chwaliłem się tym, co dobrego u mnie, to teraz odwrotnie. Diagnoza jak na zdjęciu, wczoraj jeszcze wykryli przerzuty do wątroby. Kto wierzący proszę o modlitwę, kto nie, niech trzyma kciuki :) Ja o wszystkich wspierających też pamiętam :) Dzisiaj pierwsza dawka chemii, mam nadzieję będzie OK. Mam wielką motywację do zdrowienia, leżąc już jakiś czas po operacji ciągnie mnie na scenę jak jeszcze nigdy :) Czas na największą sztuczkę w moim życiu »abrakadabra i raka nie ma :)« Przecież zawsze mówię: #CzarodziejeMogaWszystko”.

Myliłby się ten, kto pozytywne nastawienie do całej sytuacji potraktuje jako młodzieńczą niefrasobliwość. Tomek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak mogą przebiegać choroby onkologiczne. Od kilku lat regularnie występował dla dzieci w szpitalach. Był również wolontariuszem Fundacji „Mam Marzenie”. – Wtedy obserwowałem małych pacjentów i myślałem, jakie mam szczęście, że jestem zdrowy. Teraz te doświadczenia pomagają mi podejść ostrożniej do postawionej diagnozy. Mam świadomość tego, co może jeszcze mnie czekać w trakcie leczenia, ale nie szukam informacji w internecie. Staram się nie nakręcać – mówi.

Znak krzyża przy znajomych

Bycie iluzjonistą to jego powołanie – tak twierdzi i ma na to dowody. Pierwszy zestaw do wykonywania tricków otrzymał… pod choinkę od Dzieciątka. – Potem długo ćwiczyłem, żeby móc zaskakiwać rodziców i rodzeństwo – wspomina. Po testach na najbliższych przyszedł czas na występy przed szerszym gronem. – Byłem ministrantem i na jednej z dyskotek, kiedy była przerwa w tańcach, pokazałem moją pierwszą poważną sztuczkę z wstążką. Pamiętam, że bardzo się stresowałem, ale udało mi się zrobić wrażenie na publiczności – zdradza. Te występy sprawiły, że przez chwilę myślał bardzo poważnie… o kapłaństwie. Był nawet w alumnem w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym. – Sądziłem, że będę takim śmiesznym księdzem, który przez sztuczki będzie przyciągał ludzi do Boga – uśmiecha się. Stało się jednak zupełnie inaczej. Po roku Tomasz stwierdził, że to nie jego droga. Później wystąpił w programie „Mam Talent”. Wtedy wszystko nabrało większego tempa. Od samego początku przygody z szeroką publiką nie ukrywał, że wiara jest dla niego bardzo ważna. „Wierzysz w Boga?” – to zresztą było pierwsze pytanie, jakie usłyszał od Kuby Wojewódzkiego, wówczas jurora w talent show. – Wszedłem tam, ledwo żywy ze stresu, i od razu coś takiego. Ale tak naprawdę to taka deklaracja na scenie nie jest trudna. Dużo bardziej skomplikowane jest, żeby na przykład idąc ze znajomymi, publicznie się przeżegnać, mijając kościół, takimi drobnymi gestami świadczyć – zauważa. – Od początku wiedziałem, że nie chcę się kreować na kogoś, kim nie jestem. A wiara jest częścią mnie, więc nie mam powodu, żeby o niej nie mówić. Choroba sprawiła, że musiał zwolnić tempo. – Kiedy byliśmy w trasie, marzyłem o odpoczynku, a teraz mam go aż nadto – uśmiecha się. I deklaruje, że dba o siebie jak nigdy: od rana kontrola temperatury ciała, ciśnienia, lekka gimnastyka, żeby się rozruszać i zdrowe odżywianie. – Dzięki temu przymusowemu wolnemu jeszcze mocniej zrozumiałem, że wybrałem właściwą ścieżkę.

Uwielbia kontakt z publicznością. – Najbardziej wymagające są dzieci. Pamiętam, że jedno kiedyś wstało i głośno krzyknęło: „Oszust”. Nie wiem, co mu się nie spodobało, ale to słowo brzmi do dzisiaj. Innym razem, podczas sztuczki, w której rozcinam asystentkę na pół, jakiś chłopiec był strasznie zawiedziony, że nie ma krwi. Wspaniałe jest to, że dzieciaki reagują całymi sobą na każdy trick. Po moim występie w przedszkolu, podczas którego pokazywałem, jak zamieniam kawałek papieru w banknot dziesięciozłotowy, zadzwoniła do mnie nauczycielka i powiedziała, że mali widzowie siedzą, targają kartki i starają się to powtórzyć. Byli strasznie zawiedzeni, że nie udaje im się „wyczarować” pieniędzy – śmieje się.

Szarbel sam przyszedł

Tomek mimo choroby nie buntuje się przeciwko Bogu. – Jasne, że mógłbym teraz mówić: „Tak ładnie o Tobie świadczyłem, a Ty mnie tak karzesz. Za co?”. Ale ja wiem, że to będzie nasz wspólny najlepszy trick. Rak po prostu zniknie, a ja za miesiąc będę zdrowy – mówi bez cienia wątpliwości. Tym bardziej że na swojego orędownika wybrał św. Szarbela. – To znaczy on sam mnie znalazł – uściśla. – Nie miałem pojęcia o jego istnieniu, ale wśród całej listy świętych pomocnych w takiej sytuacji, jaką dostałem od znajomych, był i Szarbel. Zwróciłem na niego uwagę, bo nawet nie wiedziałem, jak się wymawia jego imię. Postanowiłem, że muszę znaleźć chwilę, żeby o nim poczytać. I zanim ten moment nadszedł, odwiedził mnie mój dawno niewidziany przyjaciel Jacek Pajor. Pojawił się w moim życiu trochę nagle, ze swoim świadectwem uzdrowienia raka, i podarował mi olej św. Szarbela z nowenną. Potem jeszcze zjawili się znajomi z Żor z relikwiami pustelnika. Jak widać, on sam się zatroszczył o wszystko. Otoczył mnie z każdej strony. Teraz jestem w trakcie nowenny – mówi. Zaskoczył go ogrom modlitwy, jaka jest zanoszona w jego intencji. Na całym świecie. – W Betlejem, na Światowych Dniach Młodzieży, w różnych zakątkach Polski, znajomi księża, przyjaciele, ale także nieznajomi, którzy znają moją sytuację, otaczają mnie modlitwą. To ogromne wsparcie, kiedy otrzymuję sygnały, że ofiarowywane są w mojej intencji Msze Święte – mówi. – To jest nieprawdopodobne i daje motywację. Nie mówię: „Panie Jezu, patrz, co się dzieje: taka jest nasza wola, że musisz mnie uzdrowić, więc spełniaj ją”. To raczej impuls to tego, by pracować nad sobą, swoimi grzechami. Od razu pojawiła się spowiedź święta. Pomyślałem, że skoro tyle osób się za mnie modli, to ja muszę powalczyć o to, by każdego dnia się nawracać, być jak najbliżej Pana Boga. W ten sposób chcę stworzyć Mu przestrzeń do działania. Jednocześnie przyjaciele i znajomi rozpoczęli zbiórkę pieniędzy na leczenie.

– To dość droga impreza taki rak – śmieje się Tomek. – A ja straciłem na chwilę jedyne źródło utrzymania, czyli występy. Muszę mieć fundusze na leki, środki wzmacniające, pozwalające łagodzić skutki uboczne chemii, odpowiednią dietę i przede wszystkim rehabilitację. Nie chcę zwlekać z pracą nad powrotem do formy. Bardzo pomagają mi rodzice, ale cieszę się, że znajomi również postanowili się włączyć i zorganizowali tę zbiórkę. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy się dołożyli. Ta kwota, która już została zebrana, pozwala mi ze spokojem myśleć o najbliższej przyszłości. A jeśli stanie się tak, że te pieniądze nie będą mi już potrzebne, że spełni się założony przeze mnie plan i za miesiąc będę zdrowy, wszystko przekażę na pomoc najmłodszym podopiecznym oddziałów onkologicznych. Będziemy spełniać ich marzenia – deklaruje.

Zapraszamy na stronę: katowice.gosc.pl. Tam zamieściliśmy rozmowę z Tomaszem Kabisem „Boże, to dopiero wyzwanie”.

Zbiórka

Tomka można wesprzeć poprzez serwis zrzutka.pl. Akcja nazywa się „Zbiórka na największą sztuczkę świata – pokonanie raka!”.