Genialny uparciuch

Aleksandra Pietryga

|

Gość Katowicki 5/2019

publikacja 31.01.2019 00:00

„Beethoven był prosty, jak on. (...) Tak samo wściekał się i wybuchał gniewem, i podobnie jak on żył naznaczony kalectwem. Henryk czuł z nim ponadczasową sztamę...”

Genialny uparciuch

Tylko jednego człowieka Maria Wilczek-Krupa w swojej najnowszej książce mogła tak odważnie porównać do mistrza Beethovena. Henryk Mikołaj Górecki, jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, prywatnie był człowiekiem skromnym, „zwykłym”, jak opisywała go żona Jadwiga, i prostolinijnym. Był głęboko wierzący, choć to Jadwigę nazywał Świętą, dziwiąc się, że z nim wytrzymuje. Sam o sobie powiedział kiedyś w trzech słowach: „Po pierwsze – choleryk, po drugie – choleryk i po trzecie – choleryk”.

Twarda szkoła życia

W obszernej biografii kompozytora, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak, „Górecki. Geniusz i upór”, M. Wilczek-Krupa stworzyła opowieść o człowieku, dla którego największą wartością była prawda: o sobie, o ludziach, o Bogu. Autorka maluje przed czytelnikiem obraz artysty o niezwykłej wrażliwości, a jednocześnie upartego, niezależnego i twardego, jak śląska ziemia, która go zrodziła. „Był silny jak tur i nie uznawał taryfy ulgowej. Ani dla siebie, ani dla swoich bliskich”.

Wydaje się, że ta twardość nie była cechą, z którą Górecki przyszedł na świat. Kształtowała się w nim powoli, w cierpieniu, niezrozumieniu, ciężkich chorobach, z którymi zmagał się od najwcześniejszego dzieciństwa do samej śmierci. Córka kompozytora Anna Górecka, znana pianistka, tak ocenia wszystkie bolesne wydarzenia, których doświadczał od najmłodszych lat. „Na pewno ukształtowały jego charakter i miały wpływ na podejmowane decyzje, poza tym pozwoliły mu zbudować w sobie odporność i konsekwencję”. Sam w 1993 roku napisał w liście do czternastoletniej dziewczynki, ciężko rannej w pożarze swojego domu w Stanach Zjednoczonych: „Dobrą szkołę dało mi życie, za co nawet dziękuję Panu Bogu, bo może nie byłbym takim, jakim jestem, ani tym, czym jestem”. Znaleźć i przeczytać wywiad z Góreckim nie jest dziś łatwo. Nie było ich zbyt wiele. Sam przyznawał, że nie lubi mediów. Niechętnie mówił też o sobie. Słusznie twierdził, że w jego imieniu wyraża się muzyka. Najoszczędniej mówił o swoim dzieciństwie i wczesnej młodości. W jego wspomnieniach był to smutny okres życia. W wieku dwóch lat został dotknięty największym nieszczęściem, jakie może spotkać małego chłopca – w jego urodziny zmarła mu mama. Gdy miał cztery latka, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Poślizgnął się, upadł i wyłamał kość biodrową z panewki. Zaczął się koszmar fizycznych cierpień. Przeszedł dwanaście ciężkich operacji i żmudną rehabilitację. „Z dzieciństwa pamiętam szpital i operacje, które przechodziłem. Potem wybuchła wojna...” – zwierzył się kiedyś.

Synek ze Śląska

Uczniem Górecki był przeciętnym. W rydułtowskim liceum, do którego uczęszczał (dziś Liceum Ogólnokształcące im. Noblistów Polskich), zachowały się ślady jego obecności – dzienniki szkolne, kronika, zeszyty. Oceny miał takie sobie. Dobry, dostateczny. Znalazła się nawet jedna pała na semestr. Wrażliwy muzyk nie czuł się dobrze w szkole. Być może silna ideologizacja komunistyczna obecna w szkolnictwie nie pozwalała Góreckiemu, którego ciągnęło do transcendencji, rozwinąć skrzydeł. Ojciec Henryka całe życie pracował na kolei. Syn marzył, by grać na fortepianie, pragnął komponować. To była stała kość niezgody w rodzinie. Tata i macocha kategorycznie zabraniali mu zbliżać się do fortepianu, na którym niegdyś grywała jego matka. Z nutami nie miał wiele wspólnego aż do 19. roku życia. Tym bardziej zaskakujący i spektakularny jest jego sukces w świecie muzyki i kompozycji. Zwyciężyły geniusz, upór i determinacja. Górecki dopiął swego. Rozpoczynając edukację muzyczną praktycznie od podstaw jako człowiek dorosły, po trzech latach był już studentem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Tam poznał swoją przyszłą żonę Jadwigę. Dla Góreckiego zaczęły się lata tłuste, choć niepozbawione trudów i cierpień. Do końca życia pozostał wierny Bogu, swojej rodzinie, swoim przekonaniom i ziemi, na której się wychował. Ks. Henryk Bolczyk, kapelan górników z „Wujka” w tragicznych dniach krwawej pacyfikacji kopalni, tak wspomina kompozytora: „Ten dopiero czuł Śląsk! W dniu, w którym zmarł słynny polski baryton Andrzej Hiolski, poproszono Góreckiego o komentarz w radiu. Wcześniejsi rozmówcy mówili o niepowetowanej stracie, o tym, że nikt go nie zastąpi. Wtedy Górecki powiedział: »Nie rozumiem, dlaczego moi przedmówcy tak płaczą, że wszystko się skończyło. Przecież właśnie wszystko się zaczęło, on teraz wszedł do chórów anielskich, teraz dopiero zobaczy, co to znaczy być śpiewakiem, oddać cześć Bogu«. Byłem zdumiony jego wiarą w niebo, pełne śpiewów, chórów, wypełnienia się życia. I powiedziałem sobie: »Ja, synek, tyś jest ze Śląska«...”. Maria Wilczek-Krupa, „Górecki. Geniusz i upór”, Znak, Kraków 2018.