Elu, byłaś konwalią

Joanna  Juroszek Joanna Juroszek

dodane 23.09.2018 09:07

Kiedy już tam przyjdę, zapytam ją: "Dziołcha, coś ty we mnie widziała?". I wiem, że będziemy mieli dużo czasu na odpowiedź…

Elu, byłaś konwalią Choroba nie była żadną przeszkodą, żeby kochać i żyć archiwum rodzinne

Kilkanaście lat temu, Katowice. Na studiach z pracy socjalnej poznaje się dwoje młodych ludzi: Ela spod Pszczyny i Tomek z Bielska-Białej. W maju 2008 r. 30-letnia Ela odchodzi na zawsze. Zostawia szalenie zakochanego w niej męża i 3-letnią córkę.

Ja na pielgrzymkę?

– Elinka miała przeczucie, że kiedyś pójdzie do nieba. Stwierdziła, że będzie się tam modlić za kobiety, które, podobnie jak ona, mają trudności z donoszeniem ciąży. „Będę opiekowała się tymi wszystkimi mamami” – mówiła mi. – „Nie boję się śmierci. Tylko was boję się tu zostawić. Bardzo chciałabym trzymać Terenię za rękę, jak pójdzie do Pierwszej Komunii…” – wspomina Tomek Kosyk, dziennikarz radiowy z Bielska-Białej, wdowiec i ojciec 13-letniej Tereski.

Trudno komentować jego historię. Niech opowie o niej sam.

Ela nigdy nie afiszowała się Panem Bogiem. Pan Bóg w jej życiu nie był jak kwiatek wystawiony na parapecie, w miejscu widocznym dla wszystkich, nie był jak tort urodzinowy, który ma świetnie wyglądać i wszystkich czarować. Pan Bóg był jak kromka chleba. Był u niej na co dzień i we wszystkim.

Akceptowała każdego. I chyba coś takiego słyszałem o Janie Pawle II. Jak ktoś przychodził do tego wielkiego człowieka, to on odkładał wszystko i był tylko dla niego. I taka była Ela. Nikogo nie oceniała. A co we mnie widziała? Nie wiem. Już nie mogę się doczekać, żeby wreszcie się tam znaleźć, choć mam nadzieję, że zdążę jeszcze ponaprawiać tutaj parę rzeczy; ale kiedy już tam przyjdę, zapytam ją: „Dziołcha, coś ty we mnie widziała?”. I wiem, że będziemy mieli dużo czasu na odpowiedź…

Studiowaliśmy na tym samym kierunku, w tej samej grupie, zaocznie socjologię, a dokładniej pracę socjalną. Poznawaliśmy się i okazało się, że trafiła do mnie w najbardziej zwyczajny sposób.

W 2002 r. zaprosiła mnie na pielgrzymkę z Pszczyny na Jasną Górę. „Wszystko rozumiem, z Panem Bogiem mogę porozmawiać, ale żeby od razu na pielgrzymkę iść, afiszować się?!”. Poszedłem, jak na wycieczkę. I wtedy coś się ze mną zaczęło dziać. Zawsze Pana Boga szukałem bardzo intelektualnie, a On uderzył z drugiej strony. W codziennym, bardzo powszednim byciu z Nim.

Z tej pielgrzymki wróciliśmy, już trzymając się za rękę. Ja jeszcze potrzebowałem półtora roku, żeby się w pełni zaangażować. Ale to jeszcze bardziej przyciągnęło mnie do Boga i do niej. Im większe miałem wątpliwości, tym bardziej się modliłem.

Spokojnie, to nic groźnego

W lutym 2004 roku przyszedł czas na oświadczyny. W tym samym roku, z końcem sierpnia, Ela i Tomek wzięli ślub. Dziecko pojawiło się już rok później. – Trochę niespodziewanie, ale myślę, że była w tym ręka Opatrzności. Bo gdyby ta choroba, ten nowotwór, bardzo rzadki i wyjątkowy, zdarzył się nam inaczej, myślę, że nie mielibyśmy dziecka.

Jeszcze przed ślubem, w październiku czy listopadzie 2003 r., Ela pokazała mi rękę, mówiąc: „Wiesz co, jakaś kulka zrobiła mi się na dłoni”. Pracowałem wtedy w hospicjum. Jak to zobaczyłem, to włos zjeżył mi się na głowie. „Trzeba z tym iść do lekarza”, powiedziałem. – „Dobra” – Ela nie lekceważyła żadnych badań, bardzo dbała o zdrowie. Poszła, zbadała, a lekarka powiedziała jej: „Spokojnie, to nic groźnego”. 

Zapomnieliśmy o tym guzie, wzięliśmy ślub, Ela zaszła w ciążę, urodziła się Tereska.

Lipiec 2006 r. Córka ma prawie rok; w trakcie karmienia Ela znajduje guza w piersi. Lekarze dalej ją uspokajają, USG nie wykazuje nic złego. Niegroźna, niezłośliwa zmiana. Guz rośnie jednak potężnie i w pewnym momencie widzę ja, pracownik hospicjum, z zupełnie jeszcze uśpioną czujnością, jak na tym guzie zaczyna zmieniać się skóra.

Lecimy do lekarzy, ktoś w końcu w piorunującym tempie robi badania. I okazuje się, że w szpitalu w Bielsku to pierwszy taki przypadek: mięśniakomięsak prążkowanokomórkowy. To nie jest rak, to nowotwór nierakowy. Jeden na milion. Jak dobry onkolog ma szczęście, to raz w życiu spotka jakiegoś mięsaka. A tę odmianę w Polsce miało tylko kilka osób. „Warszawa-Ursynów, centrum onkologii. Tam macie jakąś szansę” – powiedziano nam. 

W międzyczasie dochodzi do przerzutów. Oczywiście uczepiam się tego, czego uczepiłem się, gdy poznałem żonę, czyli Pana Boga. Miałem wielkie przekonanie o tym, że ta przygoda mojego życia skończy się cudem. I do dziś chyba trochę mam o to do Pana Boga żal. Ale mam też ufność, że to nie był przypadek.

Półtora roku poprawy i walki. Większą część tego czasu byłem tym, kim umiałem być: asystentem, kierowcą. Dla mnie każdy kilometr drogi spod Pszczyny na Ursynów był przemodlony, przebłagany, przemyślany, przeproszony. I jeszcze kilka lat po jej śmierci robiłem sobie taką nocną pielgrzymkę na Warszawę. Do dziś Jasna Góra, która nas połączyła i przez całą chorobę nam towarzyszyła, jest dla mnie miejscem, gdzie mam poczucie, że znów jesteśmy razem: ja, Pan Bóg, ona i Matka Boża.

Widziałem, jak żona cierpi, jak pokonuje ją ten nowotwór. Bardzo złośliwy, bardzo groźny; przeszła operację, radioterapię i 20 cykli chemioterapii. Ale tak samo, jak zwyczajnie, bez wielkich słów, żyła, tak zwyczajnie, bez wielkich słów odeszła. Zostawiła dla córki pamiętnik. Bardzo chciałem być wtedy przy niej, ale jednocześnie cały czas wszystko było ważniejsze: sprzątanie, kontakt z ludźmi – to był mój sposób radzenia sobie z dramatem.

31 maja 2008 r. Akurat tego dnia postanowiłem: pokażę jej, że potrafię sam posprzątać cały dom. Krzyk teściowej, zbiegam na dół. Pan Bóg mi ją ukradł… Pewnie wiedział, że Mu jej nie dam. To był mój największy skarb. Córka akurat tego dnia była u moich rodziców. Wszyscy byliśmy gdzieś osobno. I właśnie w tym momencie przychodzi do niej Pan Bóg i po cichutku ją zabiera.

Nie przećwiczyliśmy tego, co powiemy Tereni, 3-letniemu dziecku, kiedy mamusia zamknie oczy. Ela chorobę przyjmowała zwyczajnie. Nie było w tym żadnej egzaltacji. Ja miałem jej to nawet trochę za złe. Trzeba przecież usiąść i powiedzieć transcendentalnie: „Odchodzę, zostawiam coś…”. A ona nie: „Jestem chora, chorobę trzeba pokonać. Doktorowi się wierzy, a ufa Panu Bogu. Jak na to pozwolił, to mnie z tego wyciągnie. Najważniejsze jest to, że dziś o 17.00 trzeba dzieciątku podać mleko, ty się tym zajmiesz, a ja muszę dokończyć robienie na drutach skarpetek, wyszywanie Pana Jezuska, prasowanie, bo nie będzie w czym pójść w niedzielę do kościoła...”. To był jej świat. Konkret: Co trzeba zrobić dziś, zróbmy dziś, co trzeba zrobić jutro, zrobimy jutro – i nie martwmy się na zapas.

Kazanie pogrzebowe

Płakała z bezsilności, widząc, że to wszystko zmierza ku złemu. Mówiła: „Wierzę w to, że dożyję Pierwszej Komunii Tereni, ale gdyby się okazało, że się to nie uda, to masz tu pudło, w którym zostawiam najpotrzebniejsze rzeczy… Już je przygotowałam”.

Po jej śmierci nie byłem bohaterem, wiele rzeczy spaprałem. Gdyby nie teściowe, moi rodzice, moja siostra i inne osoby, które były w pobliżu, to uważam, że przez pierwszych kilka tygodni umarlibyśmy z głodu. Ela była świetną gospodynią, zawsze znalazła czas, żeby upiec ciasto, wszystko przygotować, posprzątać. Swoją pracę licencjacką na temat organizowania grup wsparcia dla osób przeżywających problem żałoby w rodzinie wyrzuciłem do kosza. Ta moja teoria w praktyce zupełnie się nie sprawdziła.

Trochę się załamałem, zanim wyszedłem na prostą i zacząłem odzyskiwać więź z moją córką. Kiedy zabrakło Elinki, poszedłem we wspomnienia, w pracę, w internet, w świat sztucznych relacji. W pewnym momencie zrozumiałem, że żyję w próżni, a córka bardziej przylgnęła do dziadków niż do mnie. Delikatnie zacząłem im ją wykradać. Najpierw zabrałem ją, 4-letnie dziecko, na kilkudniowy urlop nad morze. Wziąłem ją pod pachę, walizkę w drugą rękę, spociłem się niesamowicie, w ogóle nie odpocząłem, ale przez kilka dni byliśmy tylko ja i ona.

Dziś Terenia jest serdeczną, otwartą na ludzi gadułą. Widzę, że jest bardzo podobna do Eli, potrafi nagle ni stąd ni zowąd powiedzieć coś bardzo mądrego. Ma zdolności manualne, tak jak żona. Uwielbia fantazję i wartościowe filmy.

Kazanie na pogrzebie Eli wygłosił ks. Adam Jureczka, którego małżonkowie poznali podczas pieszych pielgrzymek z Pszczyny na Jasną Górę. Kościół pękał w szwach. Jego słowa zapamiętali wszyscy.

– Ksiądz Adaś podszedł do mikrofonu. Chrząka dwa razy i mówi: „Miałem pięknie napisane kazanie, ale gdzieś się zagubiło. Nie będzie z kartki, będzie z serca” – wspomina Tomek. Cisza. „Jest taki kwiatek, rośnie, kwitnie, nikt go nie zauważa, jest bardzo maleńki. Ale kiedy ludzie znajdują się wokół niego, zaczynają się za nim rozglądać, bo tak pięknie pachnie. To konwalia. Jest 3 czerwca, chciałem dla Eli przynieść konwalie, ale okazało się, że sezon już przeminął. Nie ma konwalii w kwiaciarni. Patrząc na konwalię, wie się, kim była Ela. Cicha, skromna, zwyczajna, ale jak przeszedłeś obok niej, to wiedziałeś, że spotkałeś Bożego człowieka. Elu, byłaś konwalią, pachniałaś Bogiem, po prostu pachniałaś Bogiem”.