Krzyk z dna

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 11/2018

dodane 15.03.2018 00:00

Spędził 19,5 roku w więzieniach, budził postrach, bił i kradł. A jednak 11 marca został w Katowicach ustanowiony nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej. Poznaj historię człowieka, którego nienawiść skruszył Jezus Miłosierny.

Od ostatniego pobytu w więzieniu Krzysztof nie rozstaje się z Cudownym Medalikiem. Od ostatniego pobytu w więzieniu Krzysztof nie rozstaje się z Cudownym Medalikiem.
Przemysław Kucharczak

Krzysiek spędził młodość w Żorach. Jego rodzice chodzili do kościoła tylko okazjonalnie. Miał za to bardzo wierzące babcie.

Kiedy był w czwartej klasie podstawówki, jego ojciec, górnik, wyjechał do pracy na Węgry. Dzięki temu, choć w Polsce na początku lat 80. XX wieku panował kryzys, w ich mieszkaniu materialnie niczego nie brakowało. Tyle że tata rzadko bywał w domu w okresie, gdy jego syn potrzebował ojcowskiej ręki.

Krzyśkowi imponowało wtedy towarzystwo, w którym się paliło. Jego pierwsze, drobne kradzieże polegały więc na tym, że podbierał mamie pieniądze na papierosy. A gdy nie umiał jej podkraść kasy, wynosił z domu różne przedmioty i sprzedawał je.

Gdyby wtedy ktoś pomógł mu zawrócić ze złej drogi... Niestety, drobne grzechy pociągały za sobą coraz cięższe. Poznał wszystkich największych chuliganów z Żor, w tym chłopaków z poprawczaka. – Chciałem być jak oni, zaistnieć w grupie. A potem przerosłem ich wszystkich i samego siebie też – wspomina dzisiaj Krzysztof.

Czasem mama jechała do taty na Węgry, a wtedy Krzysiek z siostrą zostawali pod opieką babci Hildy. Ani babcia, ani mama nie dawały sobie z chłopakiem rady. Zaczęły się wagary, wąchanie rozpuszczalników i ucieczki z domu. Mama, chcąc nim wstrząsnąć, spuszczała mu lanie. Wtedy jednak w Krzyśku wzbierała nienawiść i tym bardziej chciał uciekać z domu.

Mama siwieje

Także jego kradzieże stawały się coraz bardziej zuchwałe. Z komórek w piwnicach najpierw zabierał tylko kompoty, później także rowery. Pod podłogą w szkole odkrył kanały na instalacje i wraz z kumplem wykorzystał je w nocy do włamania. Dotarli tymi kanałami pod salę gimnastyczną i ukradli wszystkie piłki. Od tego czasu dzieci na wuefie tylko biegały i ćwiczyły, bo nie miały już czym grać.

O Panu Bogu Krzysztof przypominał sobie rzadko. Żarliwie modlił się w windzie, jadąc do mieszkania, żeby mama nie poczuła od niego rozpuszczalnika.

Kiedy mama pojechała na Węgry, wziął kluczyki do ich fiata 125p i woził nim kolegów po Żorach. Po kilku dniach auto nie nadawało się do jazdy. – Tata później zezłomował samochód, bo nie opłacało się go już naprawiać – relacjonuje.

Kiedyś usłyszał, jak babcia Hilda opowiada o pielgrzymce na Jasną Górę i o tym, że szła gdzieś „po kolanach”. – Wyśmiewałem się z babci. Zapytałem, po co chodzić na kolanach. A ona: „Żebyś się zmienił i poprawił”. Pamiętam, jak głupio mi się wtedy zrobiło – mówi.

Wkrótce babcia Hilda trafiła do szpitala w Katowicach. Po operacji źle wyglądała. Chłopak pomyślał, że jak babcia umrze, to jej pieniądze wezmą mama i wujek. Dorobił więc klucze do mieszkania w Wodzisławiu. Wraz z kumplem zabrał złoto i niemieckie marki. Przepił je w parę dni. Gdy babcia wyszła ze szpitala, wszystkiego się wyparł, choć sąsiadka Hildy widziała go koło jej mieszkania.

Chłopak okradł też w Rybniku swoją siostrę i szwagra, i to tuż po tym, jak urodziło się im dziecko. W czasie odwiedzin cioci i wujka pod Siedlcami ukradł im równowartość całej wypłaty. Kiedy mama była w szpitalu, sprzedał kolorowy telewizor z ich mieszkania. Był wtedy pijany; gdy wytrzeźwiał, tego akurat żałował. Prawie co noc kradł też wtedy z kumplami innego malucha, żeby sobie pojeździć; jednego dla zabawy utopili w stawie.

Ledwie skończył 17 lat, policjanci znaleźli ukradzione przez niego radia samochodowe. Trafił za kraty. Został grypsującym, czyli członkiem najwyższej kasty w więziennym światku.

Na pierwszym widzeniu rozmawiał z mamą przez słuchawkę telefoniczną, oddzielony „pleksą”. Ze śmiechem zapytał, czy zrobiła sobie pasemka. Mama nie odpowiedziała, tylko posmutniała. – A moja siostra na to: „Z czego się śmiejesz, mama przez ciebie posiwiała” – wspomina.

Wyszedł po dwóch latach i natychmiast zaczął pić z dawnymi kumplami, obrabiać sklepy, kioski i samochody. Często bił kogoś w knajpie, raz zdemolował bar. Mama pytała, czy koledzy są dla niego ważniejsi od rodziny. Przypomniała, że gdy siedział, kumple o nim nie pamiętali, a ona odwiedzała go regularnie. Krzysiek jednak w czasie tej rozmowy wyszedł, bo czekali na niego koledzy.

Wkrótce po pijanemu zaatakował przechodzących policjantów i wrócił do więzienia. Na wolności był zaledwie 36 dni.

Wołanie o śmierć

Brutalnie bił innych więźniów pod byle pretekstem. Często był karany pobytem w celi izolacyjnej, a nawet dźwiękoszczelnej. Był z tego dumny. Wyszedł po pięciu latach z przekonaniem, że dzięki swojej silnej woli nie będzie pił i zacznie normalnie żyć. Podjął pracę, którą załatwił mu tata. A jednak znów sięgnął po alkohol. Nie upijał się codziennie, ale jeśli już to robił, to prawie zawsze kogoś pobił.

Raz w barze spotkał kolegów, którzy znali pewną bogatą rodzinę i planowali na nią napad. Krzysiek, nietrzeźwy tak jak kumple, dołączył do nich. Weszli do domu, bijąc napotkanych mężczyzn. Na szczęście ktoś wezwał policję. Na wolności był trzy miesiące i trzy dni.

Za kratami jego nienawiść osiągnęła apogeum. Miał pretensje do jednego ze wspólników i chciał go zabić. Z kilkoma kolegami kontrolował handel narkotykami w całym więzieniu. A jednak wieczorami, dręczony nienawiścią, zaczął... wołać do Boga. Najpierw o śmierć – żeby się już nigdy nie obudzić. Rankiem po obudzeniu się był zły, że znów będzie się męczył...

Z czasem zaczął prosić Boga, żeby zabrał mu z serca tę nienawiść. Zaczął chodzić na Msze św. i czytać Biblię – choć wciąż ćpał i handlował narkotykami.

Wreszcie zdecydował się przyjąć bierzmowanie. Wybrał sobie imię Paweł, bo uderzyło go, że choć ten święty postępował strasznie, to jednak Bóg go przemienił. – Z tym, że wtedy myślałem, że Paweł przed nawróceniem był o wiele gorszy ode mnie. Ja uważałem się za skrzywdzonego przez los i wspólników – wyjaśnia.

Wieczorami wyjmował obrazek Jezusa, mówił Mu o swoich marzeniach i prosił o normalne życie. O dziewczynę, która by go pokochała takim, jakim jest. I o dziecko, dziewczynkę, której mógłby dać na imię Wiktoria.

Kiedy wyszedł po 8,5 roku, poznał Jolę. Urodziła się im córka, której dał na imię Wiktoria. Żył jednak nadal po swojemu – z kradzieży w sklepach. Prowadził auto po alkoholu i narkotykach.

Jedno w nim zmieniło się na lepsze: nienawiść, którą czuł w więzieniu, gdzieś zniknęła. O Bogu przypominał sobie jednak tylko wtedy, gdy mu coś groziło: wtedy żarliwie się modlił i obiecywał poprawę. Gdy sytuacja rozwiązywała się dokładnie tak, jak o to prosił – o obietnicach zapominał.

Wreszcie za znęcanie się nad Jolą wrócił do więzienia. Dopiero wtedy z rozpaczą zdał sobie sprawę, że Pan Bóg dał mu przecież wszystko, o co Go prosił. I że on sam to zmarnował. – Doszedłem do mojego życiowego dna. Widziałem, jakie ruiny, jakie zgliszcza za sobą zostawiam. Chciałem się zabić – mówi.

Z samego dna rozpaczy wołał jednak: „Jezu, jeśli jest taka możliwość, żebym się zmienił, to pomóż mi, ja nie chcę już taki być”. Nie było odpowiedzi. Czuł się przegrany u Boga.

Niezapominajki

W skarbczyku znalazł obietnicę dla czcicieli Serca Jezusa o miłosierdziu dla grzeszników. Uchwycił się jej. Nad łóżkiem zawiesił obraz Jezusa Miłosiernego. Przez trzy lata z rzędu w więzieniu przez cały Wielki Post jadł tylko chleb i pił wodę.

Wkrótce okoliczności tak się ułożyły, że spokorniały Krzysztof trafił na spotkania Anonimowych Alkoholików. Wcześniej myślał, że nie jest uzależniony. Teraz dotarło do niego, że do więzienia za każdym razem trafiał za przestępstwa dokonane... po pijanemu. Przyznał, że to alkohol kierował jego życiem. I że tylko Bóg może go z tego wyciągnąć. Przeszedł przez program AA „12 kroków”. Wypisał sobie sytuacje, w których skrzywdził innych ludzi. Był wstrząśnięty tym, jak długa była ta lista.

Modlił się też o kolejną szansę. O to, żeby Jola mu wybaczyła. Dziewczyna przywoziła podczas odwiedzin córkę, ale przebaczyć nie chciała. – W czasie przepustki pojechała jednak ze mną na rekolekcje trzeźwościowe do parafii w Rybniku-Chwałowicach. Tam usłyszała, jak daję świadectwo – mówi.

Krzysiek mówił wtedy i mówił przez ponad godzinę. Wielu obecnych na sali płakało. Także Jola. Dziewczyna uwierzyła, że Krzysztof naprawdę chce się zmienić. – Ostrzegali mnie: „Jak wyjdzie, to cię zabije”, albo: „Jeszcze nieraz od niego po pysku dostaniesz”. A tu: zonk! – śmieje się dzisiaj Jola.

Już na przepustkach widać było, że Krzysiek naprawdę jest inny. Przemieniony. Nie chodziło tylko o to, że był trzeźwy. Bo jak to możliwe, żeby ktoś, kto dotąd rzucał mięsem co drugie słowo, teraz nie przeklinał w ogóle? – Pan Bóg mi zabrał przeklinanie – wyjaśnia mężczyzna.

Jola była też zdziwiona, że jej chłopak bardzo dużo mówi o Bogu i cytuje Biblię. Miała wrażenie, że „dostoł do dekla”, bo sama nie miała jeszcze osobistej więzi z Jezusem.

Teraz już ma – dzięki mężowi. Bo gdy przed sześcioma laty Krzysiek wyszedł, wzięli ślub w kościele. Jola też zachwyciła się Jezusem w czasie rekolekcji odnowy wiary w parafii św. Stanisława w Żorach. Brali w nich udział już razem. Nieraz wspólnie się modlą i widzą, jak Pan Bóg bardzo konkretnie ich wysłuchuje.

Krzysztof miał wielkie pragnienie, żeby jego śp. babcia Hilda – która się za niego modliła i którą okradł – wybaczyła mu. W czasie więziennej przepustki wsunął pod płytę jej nagrobka cudowny medalik – taki sam, jaki nosi na własnej piersi od czasu ostatniej odsiadki. Okazało się, że właśnie z tego miejsca spod płyty wyrosły i pięknie zakwitły niezapominajki.

– Babcia też mi się przyśniła. Nie mówiła, że mi wybacza, ale powiedziała: „Kochom cię” – mówi. – Powiedziałem też „przepraszam” tacie. Mamie jeszcze nie, ale staram się pokazywać to życiem. Bo gadać to każdy może – dodaje.

Więzień szafarzem

Dzisiaj Krzysztof i Jola mają już troje wspólnych dzieci, a także dorosłego syna Joli z pierwszego związku. Przeprowadzili się z Żor do pobliskiego miasta. Krzysiek został tam grabarzem.

Z początku mieszkali obok kościoła, więc proboszcz miał dużo czasu, żeby ich obserwować. I pewnego dnia zaproponował Krzysiowi posadę... kościelnego.

– Wydawało mi się to niemożliwe. Ja, z taką przeszłością? Powiedziałem proboszczowi, że chcę służyć Jezusowi, ale siedziałem. A proboszcz na to, że o tym wie – mówi Krzysztof.

Dziś mężczyzna jest kościelnym. Publicznie składa też świadectwo tego, jak miłosierny jest Jezus. Mówi o tym na rekolekcjach i w więzieniach. „Trudni” chłopcy z OHP w Rudzie Śl. słuchali go w całkowitej ciszy. Zyskał wielu nowych przyjaciół. Gdy dziś Krzysztof wchodzi do jednego z więzień, sam dyrektor nie tylko podaje mu rękę, ale wita się z nim „na misia”.

Gdy kiedyś Krzysztof szedł na miting AA w Zakładzie Karnym w Szerokiej, na korytarzu spotkał kolegę. Był to grypsujący „doliniarz”, złodziej, który spędził w więzieniach 30 lat. Chciał porozmawiać. – Mówię: „To chodź, Tadziu, na miting, w przerwie pogadamy, nie?” – wspomina Krzysztof.

Tadziu wszedł i ku własnemu zaskoczeniu... głęboko przeżył usłyszane świadectwa trzeźwych alkoholików. Wkrótce pojechał na warsztaty AA na Górę św. Anny. – Przeżył tam przebudzenie duchowe. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat poszedł do kościoła. Na wolności jest już od trzech lat, nie pije, chodzi na AA – relacjonuje Krzysztof.

11 marca 2018 roku w katowickiej katedrze abp Wiktor Skworc ustanowił Krzysztofa oraz 214 innych mężczyzn nadzwyczajnymi szafarzami Komunii Świętej.