Kościół, nie kino

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 10/2018

dodane 08.03.2018 00:00

Jej budowniczowie aż 20 razy stawali przed sądem. A kiedy 60 lat temu święcił ją bp Herbert Bednorz, proboszcz Jan Kapołka... gdzieś zniknął. Historia tej tyskiej świątyni jest niezwykła.

Tyskiej wspólnocie patronuje  św. Jan Chrzciciel. Tyskiej wspólnocie patronuje św. Jan Chrzciciel.
Zdjęcia Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Chodzi o kościół św. Jana Chrzciciela w Tychach, który powstał pomimo szykan komunistycznych władz. Tutejsza parafia aż przez 19 lat działała nielegalnie.

Mieszkańcom Tychów to nie przeszkadzało – księża odprawiali tu dla nich w każdą niedzielę aż 13 Mszy Świętych. Pierwsza zaczynała się o 5.00 rano, ostatnia o 20.00. A jeśli po południu było jeszcze jakieś dodatkowe nabożeństwo, siostry elżbietanki – organistka Marisstella i zakrystianka Agnella – nie miały nawet kiedy pójść na obiad. Jadły więc go na szybko w salkach w czasie kazania...

W soboty zdarzało się i 16 ślubów. Wtedy na ten kościół przypadało 50 tys. ludzi; teraz parafian jest 16 tysięcy. 10 marca abp Wiktor Skworc ma w tym kościele poświęcić nowy ołtarz. W tym roku parafia świętuje też 60. rocznicę poświęcenia świątyni.

Mnie tam nie było!

Budowniczym tego kościoła był ks. Jan Kapołka, człowiek o ogromnej pogodzie ducha, skłonny do żartów, wieczny optymista.

– W 1958 r. władze mu zapowiedziały: „Jak się dowiemy, że było poświęcenie kościoła, to ksiądz idzie do więzienia”. Ksiądz Kapołka wszystko więc przygotował. Na poświęcenie przyjechał bp Herbert Bednorz, ale gdzie jest farorz? Ks. Kapołka wiedział, że na uroczystości będą esbecy, więc po prostu się nie pojawił. Na drugi dzień wezwano go na przesłuchanie, a on: „Co? Kościół poświęcony? Mnie tam nie było!” – mówi ks. Piotr Szołtysik, dzisiejszy proboszcz. Ks. Kapołkę znał osobiście.

Komunistyczne władze szykanowały tego księdza, bo chciały zrobić z Tychów miasto bez Boga, podobne do Nowej Huty. Istniał tu co prawda stary kościół św. Marii Magdaleny, ale był za mały. Miastu co roku przybywało wtedy po 5 tys. mieszkańców.

W 1956 r. upadł w Polsce stalinizm. Nastał krótki czas „odwilży” w stosunkach państwo–Kościół. Biskupi śląscy postanowili więc szybko wznieść nowe kościoły.

W 1957 r. władze zgodziły się na wybudowanie jednego z nich w Tychach. Za robotę raźno wziął się ks. Jan Kapołka, wikary u św. Marii Magdaleny. Biskupi prosili, żeby się pospieszył, zanim władze się rozmyślą.

– Ks. Kapołka umiał z każdym rozmawiać, nawet z komunistami. W 1957 r. przekonał szefa Tyskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Miejskiego, żeby to on wybudował mu kościół – relacjonuje ks. Szołtysik.

Dobrze, panie ksiądz

Dyrektor tego przedsiębiorstwa był Żydem i nosił nazwisko Wolski. Ks. Kapołka wspominał jego odpowiedź: „Panie ksiądz, musi być jakiś czynnik społeczny, niech pan weźmie kilku górników i pokaże mi, że ludzie tego kościoła chcą”. – I w ten sposób świątynię budowała państwowa, socjalistyczna firma... – śmieje się ks. Szołtysik.

Po kilku miesiącach komuniści wrócili do wojny z Kościołem i firma przerwała prace. Jej robotnicy nadal jednak przychodzili po godzinach na budowę świątyni.

Problemy narastały. Władze Tychów zapowiadały, że tę wznoszoną świątynię odbiorą i przeznaczą na salę koncertową, kino lub muzeum ziemi tyskiej.

Wreszcie jesienią 1958 r. władze centralne nakazały zburzyć wszystkie budowane kościoły, które nie osiągnęły jeszcze stanu zamkniętej bryły, to znaczy nie miały jeszcze stropu. Zrównano wtedy z ziemią m.in. powstający kościół w Tychach-Wilkowyjach. – Ksiądz Kapołka nieoficjalnie dowiedział się o tych planach wcześniej, więc postanowił natychmiast zabetonować strop. Ludzie pracowali przy tym przez trzy dni i trzy noce – mówi ks. Szołtysik.

Betonowało całe mrowie mieszkańców Tychów. Było ich tak dużo, że chwilami jeden drugiemu przeszkadzał. Pomagali nawet niewierzący, którzy chcieli zagrać na nosie komunistom. Ludzie zmieniali się: jedni przychodzili, inni szli do pracy, ale po szychcie zjawiali się znowu; jeszcze inni brali urlopy.

1 listopada 1958 r. strop był gotowy. – Wkrótce na budowę dotarła komisja, która miała stwierdzić, że kościoła tu nie będzie. Jej członkowie byli bardzo zdziwieni, widząc, że bryła kościoła jest już zamknięta. Musieli odstąpić od swojego planu. Podobnie dramatycznych chwil w czasie tej budowy było bardzo dużo – mówi ks. Szołtysik.

Ksiądz Kapołka i mieszkańcy Tychów, którzy angażowali się w budowę, ponad 20 razy stawali przed sądem. Na początku 1958 r. członkowie Komitetu Budowy Kościoła zostali oskarżeni o... wyłudzanie pieniędzy. Dla komunistów wyłudzaniem było zbieranie funduszy na budowę. 15 osób, w tym ks. Kapołka, zostało skazanych na grzywny po 1500 złotych.

Potem były kolejne procesy. Na szczęście komuniści nie zdecydowali się na siłowe przejęcie powstającego gmachu.

– Władze bały się tego, bo mieszkańcy Tychów pilnowali tej budowy dniami i nocami – mówi ks. Szołtysik. – Ludzie wtedy wiedzieli, że bez kościoła nie da się żyć – ocenia.