Kwiotek Pana Jezusa

Przemysław Kucharczak Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 26/2017

publikacja 29.06.2017 00:00

Choć nie jest kanonizowana i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie, ludzie w Rybniku-Niedobczycach wiedzą swoje: między nimi przez 64 lata mieszkała święta.

Antoni Polok z prezentem od Anki. W tle jego rodzinny dom na Głożynach, który odwiedzała Anka i gdzie w 1967 r. przeżyła głębokie, prawdopodobnie mistyczne doświadczenie. Antoni Polok z prezentem od Anki. W tle jego rodzinny dom na Głożynach, który odwiedzała Anka i gdzie w 1967 r. przeżyła głębokie, prawdopodobnie mistyczne doświadczenie.
Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Zmarła nie tak dawno, bo w 1981 roku. Anka Kwiotek była kobietą niezwykle radosną i skłonną do żartów. I to pomimo że była przykuta do łóżka przez 53 lata, 8 miesięcy i 12 dni.

Choć strasznie cierpiała, przyjmowała mnóstwo gości. A ci – dziwna rzecz – wychodzili z jej mieszkania radośni, z przywróconą siłą do życia. Wielu czuło, że rozmawia ze świętą.

W setną rocznicę urodzin Anki Kwiotek troje mieszkańców Niedobczyc nakręciło o niej film pt. „Paszport do nieba”. Parafia wydała go na płycie i dołączyła do swojego pisma „Serce”.

Ale ksiądz pyszny

Anka urodziła się w 1917 roku. Miała zaledwie 10 lat, kiedy zachorowała. Lekarz w szpitalu w Rydułtowach orzekł, że to gruźlica kości, ale chyba się pomylił: objawy, a przynajmniej ich część, wskazują raczej na chorobę Heinego-Medina. Kobieta nie miała władzy w nogach i nad prawą ręką. Przez kilkadziesiąt lat leżała na brzuchu ze względu na odleżyny na plecach.

Mimo to była energiczna i przedsiębiorcza. Leżąc na brzuchu, szyła i haftowała lewą ręką. Sama gotowała obiady na elektrycznym grzejniku (garnki trzymała w zasięgu ręki pod łóżkiem). Dzbankiem przywiązanym do patyka podlewała kwiaty, w tym doniczki z mirtem, który hodowała dla dzieci pierwszokomunijnych. A gdy podsuwała pod okno patyk z lusterkiem, widziała, kto idzie ulicą pod jej domem... Z czasem ktoś z przyjaciół zamontował jej przy oknie większe lustro na stałe.

Ks. Hubert Wieczorke, emerytowany proboszcz z Niedobczyc, wspomina w filmie, że gdy szło się pod jej oknem, trzeba było zatrzymać się i ukłonić. – Kiedy na następny dzień przychodziło się z Komunią św., mówiła: „Ksiądz się pokłonił, dziękuję za pozdrowienia!” Albo też mówiła: „Ale ksiądz pyszny! Ani się nie pokłonił i nie pozdrowił Anki!”. Ale mówiła to z uśmiechem, z żartem – mówi.

Księża odwiedzali Ankę często, bo ona codziennie przyjmowała Komunię Świętą.

Grożenie warzechą

Antoni Polok z Radlina-Głożyn, syn Amalii, serdecznej przyjaciółki Anki Kwiotek, zapamiętał, że gdy Ankę za bardzo chwalił, kobieta wyciągała warzechę i zabawnie mu nią groziła.

Ta sama warzecha lub kij służyły zresztą Ance do wspierania się – w celu uniknięcia kolejnych odleżyn na brzuchu. – Przy pożegnaniu, nawet kiedy już byłem studentem, Anka mówiła: „Pódź urwis, se cie tak przytula” – i przytulała mnie swoją zdrową, lewą ręką – wspomina Antoni Polok.

Chciała, żeby mówiono jej „Anka”, a nie „Anna”. Zorganizowała grupę ludzi, którzy płacili na edukację księży sercanów w Stadnikach pod Krakowem. Pięciu z nich swoje prymicje odprawiło w jej pokoju... Uważała ich za swoich synów.

Msze św. w jej pokoju były też odprawiane w jej urodziny i rocznicę „zalegnięcia”. Ks. Andrzej Suchoń, przyjaciel Anki, dziś proboszcz parafii mariackiej w Katowicach, wspomina w filmie, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim informacja, że płótna, które były wtedy kładzione jako obrusy na ołtarzu, są... prześcieradłami, na których później Anka leży. Na poduszce obok niej zawsze spoczywał też duży drewniany krzyż.

Ludzie podają przykłady świadczące o tym, że ta sparaliżowana kobieta wiedziała o wielu faktach, które miały dopiero wydarzyć się w przyszłości. Zmartwionego listonosza Rufina Pytlika, który dostał już bilet do wojska i następnego dnia miał jechać do jednostki, przekonywała, że do armii jednak nie pójdzie. I tak się stało – ku powszechnemu zdumieniu. Przewidziała śmierć swojego ojca, który dzięki temu zmarł zaopatrzony świętymi sakramentami, i wiele innych zdarzeń.

W gronie przyjaciół Anki, które finansowało naukę kleryków, była Franciszka Szkatuła z Głożyn (dziś to dzielnica Radlina). Zmarła ona w 1974 roku. Kilka minut po jej śmierci mama Antka Poloka posłała go do Anki z wieścią o tym, co się stało. Autobus do Niedobczyc podjechał już za kwadrans, więc chłopak zjawił się na miejscu błyskawicznie. – Wchodzę, żeby przekazać wiadomość, a to sama Anka przywitała mnie słowami: „Franciszka Szkatuła umrzyła”. Uprzedziła mnie... Akurat siedziała tam sąsiadka, więc zdumiony pytam: „Pani Małgosiu, był tu przede mną ktoś z Radlina?”. A ona: „Nie było, jo sam siedza od pótorej godziny”. Po chwili Anka wyciągnęła zeszyt, w którym notowała sobie Msze, które zamawiała za zmarłych. Było tam napisane: „+Franciszka Szkatuła”. Pytałem: „Anko, kto ci to powiedział?”, ale nie dała odpowiedzi – mówi. Dzisiaj Antoni podejrzewa, że Anka, podobnie jak wielu świętych i mistyków, mogła mieć nadprzyrodzony kontakt z duszami ludzi umierających.

Nie narzekać

Wydarzeń związanych z Anką, których otoczenie nie umiało wyjaśnić, było mnóstwo. Przyjaciele wynosili ją czasem z mieszkania i wozili do Pszowa, Krakowa, Częstochowy. Leżała wtedy na noszach ułożonych na podłodze samochodu. Zygmunt Gajda jechał z nią kiedyś furgonetką. – Gdy samochód przejeżdżał obok kościoła, myśmy to widzieli, bo okna były na wysokości naszych oczu, natomiast ona patrzyła na blachy. A mimo to ona nam mówi: „przejeżdżamy koło kościoła!”. Nam włosy stanęły na głowie: jak człowiek, który otoczony jest blachą, wie, że obok kościoła przejeżdża? – pyta w filmie.

Anka mówiła, że nie chce rozgłosu i ludzkiego podziwu. Powtarzała, że woli zbierać kwiaty, które nie więdną. Były nimi modlitwy i Msze Święte, które zamawiała za różnych ludzi. Nigdy nie narzekała. I nigdy nie modliła się o własne zdrowie, tylko o wytrwanie – tak jakby przyjęcie cierpienia było jej dobrowolną ofiarą. – Widziałem, jak choroba nieraz przygniata, wydrąża nadzieję, człowiek się męczy z tym cierpieniem. A u niej to było zupełnie coś innego! – wspomina w filmie arcybiskup senior Damian Zimoń, też rodem z Niedobczyc.

Miała na ciele dziwne rany, które ukrywała przed gośćmi. Widywali je tylko lekarz, pielęgniarze i kilkoro najbliższych przyjaciół. Jedna z ran ciągnęła się od prawego łokcia do nadgarstka. – Kiedy odwiedzaliśmy ją w Wielki Post, a zwłaszcza w Wielki Tydzień, ten łokieć wyglądał strasznie, był napuchnięty i przesiąknięty krwią. Raz na ten widok się rozpłakałem – wspomina Antoni Polok, który do dzisiaj uważa Ankę za swoją drugą mamę. – Ona do mnie: „Czego płaczesz?”. Ja: „Bo cierpisz”. A Anka: „Pon Jezus tak cierpioł na krzyżu, a jo bych nie umiała tego znieść?” – wspomina.

Co ciekawe, gdy Wielki Tydzień dobiegał końca, łokieć Anki zaczynał się goić. – Kiedy odwiedzałem ją w śmigus-dyngus, ta rana już zasychała – mówi Antoni.

Anka miała też rany na plecach. Zdawało się, że chodzi o odleżyny, ale choć przez kilkadziesiąt lat nie leżała już na plecach, nie dało się ich wyleczyć. Rufin Pytlik, były listonosz, mówi w filmie, że na plecach Anki było pięć ran. – Ja to widziałem, mogę przysiąc – stwierdza.

Amalia, mama Antoniego Poloka, zdradziła synowi, że rany na plecach Anki wyglądały „jakby krokwiok [duży gwóźdź do łączenia krokwi] wbity, tako wielko dziura”. Antoni przypomina sobie też, że na zdjęciu z młodości, które kiedyś oglądał u Anki, widział na jej czole bandaż z ciemnymi, jakby krwawymi plamami. Jest przekonany, że były to ciernie z korony Jezusa. I że później zniknęły, bo Anka nie chciała ludzkiej chwały. – Powiedziała: „Prosiłach Pana Jezusa, żeby mi to zniós z głowy, ale że to mo przejść w inne miejsce. I że to mo być ciynżejsze” – wspomina.

Cierpienie za Klarę

Kiedy Antek był już studentem, naszły go jednak pewne wątpliwości. Dzisiaj wstydzi się tego, ale wtedy dwa razy pojechał do Niedobczyc sprawdzić, czy Anka nie wstaje w nocy z łóżka. Wiedział, gdzie jest klucz, więc otworzył drzwi i zaczaił się w kuchni. Okazało się, że Anka nocą nie wychodzi ze swojego posłania, ale żarliwie się modli. Jej słowa były tak przejmujące, że chłopak ani za pierwszym, ani za drugim razem nie wytrzymał do samego rana. – Nie wiem, z kim rozmawiała, ale mówiła w taki sposób, że mnie to przerosło. Mówiła, że chce przyjąć za kogoś cierpienie czyśćcowe. Pamiętam, że wypowiedziała wtedy imię „Klara” – wspomina. – Ponieważ wtedy byłem taki wścibski, to mnie zobowiązuje, żeby teraz o życiu Anki świadczyć – wyjaśnia pan Antoni.

Autorzy filmu „Paszport do nieba”, poświęconego Ance, należą do Akcji Katolickiej. Andrzej Kula pracuje jako malarz i tapeciarz, Staszek Wypior jest emerytowanym inżynierem górnikiem kopalni Rydułtowy, a Barbara Łotecka jest emerytowaną nauczycielką biologii i chemii. Wywiady ze świadkami zbierali przez dwa lata. – Mamy jeszcze okazję posłuchać świadectw tych, którzy ją spotkali. Są to ostatnie chwile, kiedy to jeszcze możliwe, bo wkrótce nie będzie nas, ostatnich świadków pamiętających Ankę – tłumaczy Barbara Łotecka.

Pani Barbara widzi, że we współczesnym świecie powszechny jest brak zrozumienia dla ludzkiego cierpienia. – Nowoczesne ruchy cywilizacyjne podkreślają jedynie wartości człowieka młodego i zdrowego, jako tego, który może budować przyszłość świata – zwraca uwagę. Widzi jednak też zastanawiające wyjątki od tej reguły. – Młodzi ludzie z Niedobczyc interesują się życiem Anki. Dyskutują między sobą na jej temat, pytają o niektóre fakty z jej życia. A starsi zastanawiają się nad swoim życiem – zauważa.