Tak umiera Bóg

Joanna Juroszek

|

Gość Katowicki 15/2017

publikacja 13.04.2017 00:00

„Mając 33 lata, Jezus Chrystus umarł, abym mógł żyć. Mam 33 lata, żyję”.

Tak umiera Bóg

Tak zaczyna się jeden z rozdziałów niezwykle poruszającej autobiograficznej książki „Byłem w piekle. Nie polecam” Wydawnictwa Niecałe. To do bólu prawdziwe świadectwo Macieja Sikorskiego. Na przeczytanie tej książki starczy jeden wieczór. Jej treść przyswajać można przez całe życie.

Przyjaciel Rysiek

Dziś Maciej ma 49 lat, mieszka w Krakowie, ma żonę Alinę i siódemkę dzieci (jedno w niebie). W książce opowiada, co spotkało go, zanim się ustatkował.

Spróbował praktycznie wszystkiego: narkotyków, wschodnich medytacji, New Age’u, jogi, reiki, bezdomności, życia na walizkach… Za każdym razem nie było to jedynie liźnięcie tematu, a tkwienie w nim po uszy. Przeszedł od dziecięcej satysfakcji do gorzkiego rozczarowania. Maciek wychował się praktycznie bez ojca. Razem z mamą i siostrą zamieszkał w Tychach. W tych samych Tychach, z których pochodził Rysiek Riedel z zespołu Dżem. „Rysiu mieszkał blisko szkoły. Sam też do niej niegdyś chodził (...) Miałem serdecznie dość świata, który mnie otaczał. Brzydoty, kłamstwa, zniewolenia. Rysiek był jedyną osobą, o której myślałem, że była ponad tym wszystkim. Inaczej wyglądał, śpiewał o wolności, nic nie musiał. Marzyłem o tym, żeby go poznać. A marzenia mają to do siebie, że czasami się spełniają” – pisze w swojej autobiografii. Lidera Dżemu poznał dzięki swojej siostrze. Szybko się zaprzyjaźnili, słuchali razem muzyki, dużo rozmawiali. Wkrótce Maciej, wtedy 14-letni chłopak, dowiedział się, że w domu Ryśka jego przyjaciel Pudel produkuje kompot – polską heroinę. Przed wczesnym nałogiem uratował go… sam Rysiek Riedel. Na wieść o tym, że ktoś w jego domu zaproponował Maćkowi heroinę, zareagował nerwowo. „Popie… cię! Sam wpieprzony jesteś w to gówno i jeszcze chcesz, żeby ktoś w to wdepnął?” – krzyczał.

Przychodzi Jezus

Maciek ostatni raz Ryśka spotkał na kilka dni przed jego śmiercią. Długo rozmawiali w pewnej knajpie. O czym? Tego niestety nie pamięta. Przesadził wtedy z alkoholem. „Bardzo mi go brakuje, bardzo za nim tęsknię” – zwierza się czytelnikom. „Mam nadzieję, że zobaczę go na jakimś wielkim koncercie uwielbienia w niebie. Modlę się cały czas za niego, żeby dobry Bóg przygarnął go do siebie”. O Maćka co jakiś czas upominał się sam Jezus. To Jemu przypisuje uratowanie przed samobójczą śmiercią (szczegóły w książce), Jego zaczął doświadczać też w Medjugorju. Pojechał tam… w poszukiwaniu energii. Wiózł w bagażniku kilka kilogramów krowich odchodów, potrzebnych do palenia świętego hinduskiego ognia. Jezus Miłosierny przyszedł do niego także w czasie… wschodniej medytacji. „Był i wyciągał do mnie swe dłonie. Pojawił się, zapraszał mnie do siebie” – pisze Maciej. W tym samym czasie w intencji jego nawrócenia modliły się wspólnoty z Wrocławia i Warszawy. „Byłem zszokowany, czułem, że coś się we mnie zmienia. Zacząłem porównywać śmierć Jezusa ze śmiercią Buddy. (…) Z jednej strony Budda – odchodzący w pozycji medytacyjnej, zwrócony do siebie, do wewnątrz. Z drugiej umierający Jezus – w najbardziej otwartej na innych pozycji, z rozciągniętymi na krzyżu ramionami, umierający nie dla siebie, lecz dla nas” – wzruszająco opisuje Maciej.

Maciej Sikorski, „Byłem w piekle. Nie polecam”, Wydawnictwo Niecałe, ss. 159, Bytom 2017.