Bóg się zakochał

Gość Katowicki 17/2016

publikacja 21.04.2016 00:00

Prawdziwe historie. O chłopcu,
 który usłyszał od Jezusa:
 „Bierz się do roboty”, i miłosierdziu, które wywraca świat do góry nogami, z ks. Tomaszem Nowakiem rozmawia Aleksandra Pietryga


Bóg się zakochał Archiwum prywatne

Aleksandra Pietryga: Pierwsze skojarzenie z miłosierdziem… 


Ks. Tomasz Nowak: Przebaczenie.
 Ono zawsze ma w sobie coś ponadludzkiego. Przebaczenia uczyli mnie rodzice. To historia mojego życia. Urodziłem się jako zupełnie zdrowe dziecko. Ale stało się tak, że personel medyczny popełnił dwa błędy. Pomylili noworodki o tym samym nazwisku, wskutek czego ja, zamiast innego małego Nowaka, dostałem zastrzyk z lekarstwem i w dodatku zainfekowaną igłą. Po powrocie do domu cały czas płakałem, rodzice nie wiedzieli, co się dzieje z ich dzieckiem. A ja płakałem z bólu. Okazało się, że infekcja ropna zniszczyłam mój mały staw biodrowy. Kiedy miałem kilka lat, byłem unieruchomiony specjalną szyną. Pamiętam, jak bardzo się męczyłem. Rodzice całą energię i siłę poświęcili na rehabilitację, co pociągnęło za sobą czas, koszty finansowe. Ale nigdy, przeni
gdy, przez całe moje dzieciństwo, nie usłyszałem w domu złorzeczenia na lekarzy, na pielęgniarki... To była lekcja przebaczenia i miłosierdzia, którą odebrałem w domu.


Bezsensowne zaniedbanie zniszczyło zdrowie małemu chłopcu. Upokorzenie dziecka, poczucie inności wobec rówieśników… Nie czuł Ksiądz żalu?


Buntowałem się. Głównie przeciwko Panu Bogu. Kiedy miałem siedem lat, siostra przywiozła
z Lourdes wodę z cudownego źródła. Pamiętam moją dziecięcą wiarę. Ja naprawdę byłem przekonany, że to mi pomoże, że na pewno zostanę uzdrowiony, kiedy tę wodę wypiję. Całą noc się modliłem, a rano… nic się nie wydarzyło. (śmiech) Jaki byłem rozczarowany! Obraziłem się na Boga. Połowę mojego życia nie modliłem się, do kościoła chodziłem wtedy, kiedy naprawdę już musiałem. Przez całe dzieciństwo, młodość pielęgnowałem w sobie żal, że Bóg mnie zawiódł…


…Zmarnował życie?


Wtedy tak uważałem. Dzisiaj czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jestem spełnionym facetem. Teraz, kiedy pracuję z osobami niepełnosprawnymi, są mi bliższe przez swoje cierpienie, a ja przez swoje doświadczenia myślę, że jestem im bliski.


Miłosierdzie, które wywraca życie do góry nogami. Doświadczył Ksiądz czegoś takiego?


Doświadczyłem. Pan Bóg cierpliwie czekał, aż się pobuntuję (śmiech), pobłądzę i w końcu odnajdę. Trochę się przy tym poobijałem, wybrudziłem. Przez wiele lat pracowałem jako ratownik na nadmorskich plażach, na basenie. Życie towarzyskie, imprezy. Wydawało mi się, że Pan Bóg w tym wszystkim nie jest mi do szczęścia potrzebny. Kiedy pracowałem na basenie, poznałem człowieka, który sprzedawał bilety. Był Świadkiem Jehowy. On próbował mnie ściągnąć z tej drogi, która – jak uważał – prowadzi do zła. Ale chyba wziął się za to od niewłaściwej strony. Wypominał mi moje grzechy, krytykował błędy, straszył karą Bożą. Doprowadził do tego, że na słowo „Bóg” dostawałem reakcji alergicznej. (śmiech) Pewnego dnia przyprowadził do mnie brudnego, obdartego chłopca i kazał… zadzwonić po policję. Okazało się, że ten mały wszedł na basen bez biletu. Pamiętam, że ogarnęło mnie oburzenie. Jakoś tak kłóciło mi się to nieustanne mówienie o Bogu z tym brakiem miłosierdzia. Zabrałem chłopca, dałem mu kanapki, pozwoliłem się umyć. Zaprzyjaźniliśmy się. Opowiedział mi swoją historię. Jego mama spłonęła w mieszkaniu w czasie libacji pijackiej. Tata zdążył uratować tylko dzieci. To był jakiś zwrot, przełomowy moment w moim życiu. Poczułem, że mam cel, chcę pomagać tym, którzy są w gorszej sytuacji niż ja. Postanowiłem, że zostanę lekarzem. 


Stało się inaczej...


W klasie maturalnej przez cały rok brałem udział w kursach przygotowawczych do studiów medycznych. Kiedyś, gdy wracałem z zajęć w Katowicach, złapał mnie straszny deszcz. Nie miałem gdzie się schować i uciekłem do katedry. Po raz pierwszy w życiu modliłem się ponad dwie godziny. I wtedy usłyszałem od Jezusa: „Jeśli chcesz coś zmienić, nie gadaj, tylko bierz się do roboty!”.


Mocne.


Od tego momentu zacząłem myśleć o seminarium. To było zaskakujące dla mnie, ale jeszcze bardziej dla mojej rodziny, znajomych. Mówili, że ja się na księdza nie nadaję. Niektórzy myśleli, że to jakiś żart. Przez cały pierwszy rok seminarium byli pewni, że się z kimś założyłem. (śmiech) Ale ja już mocno przylgnąłem do Jezusa, poczułem moc Jego miłosierdzia. Dzisiaj wiem, że On przez całe moje życie przygotowywał mnie do tego. Przez moją chorobę, przez okres buntu, przyklejania się do jednego czy drugiego grzechu, w końcu przez doświadczenie miłosierdzia. Jako ksiądz, spowiednik, być może potrafię dziś bardziej współczuć, zrozumieć, zaświadczyć, że życie z Jezusem jest dla wszystkich, że On przebacza najgorsze grzechy.


Od pewnego czasu męczy mnie myśl, w którym momencie Bóg może w końcu poczuć się rozczarowany człowiekiem. Wylewa przed nim ocean swojego miłosierdzia, a człowiek nie potrafi w nie uwierzyć lub całkowicie je lekceważy.


Też zadawałem sobie kiedyś to pytanie. Myślę, że odpowiedź mamy na Golgocie. Skatowany, opuszczony, wymęczony do granic ludzkich możliwości Jezus patrzy w niebo i prosi Ojca o przebaczenie dla oprawców… bo nie wiedzą, co czynią. Ktoś powiedział,
że my sami tak siebie nie rozumiemy, jak rozumie nas Jezus. Dla siebie samych nie mamy tyle cierpliwości i wyrozumiałości, ile ma jej dla nas Bóg. Nieskończone pokłady.


Nawet kiedy jesteśmy po szyję ubabrani w grzechu?


A pani przestaje kochać swoje dzieci, kiedy wracają takie zabrudzone do domu? Bóg się w nas zakochał do szaleństwa! Jego miłość jest doskonała. 


Bóg nie ma problemu z miłosierdziem, ale na pewno my mamy kłopot, żeby w nie uwierzyć.


To prawda. Jako spowiednik bardzo chciałbym, żeby ludzie, którzy przychodzą do konfesjonału, zaufali Bożemu miłosierdziu. Wyobrażam sobie, jak bardzo Pan Bóg tego pragnie! Ja mam tę łaskę, że całkowicie wierzę w przebaczenie, w miłosierdzie. Jestem o nim absolutnie przekonany. 


Takie przekonanie o tym, że miłosierdzie jest dostępne dla każdego, daje chyba poczucie bezpieczeństwa.


Tak, a w dzisiejszym świecie jest ogromny deficyt tego poczucia pokoju i bezpieczeństwa. Kiedy Jezus stanął po raz pierwszy przed apostołami po swoim zmartwychwstaniu, zaczął od słów: „Pokój wam”. Nie rozliczał ich za ucieczkę spod krzyża, nie robił wyrzutów za zdradę. Nawet o tym nie wspomniał. Przyniósł uczniom pokój i bezpieczeństwo. I zaczęły dziać się cuda w ich życiu. Powoli przestali uciekać przed sobą, przed ludźmi. Przestali się bać. Skończyły się ich kompleksy. Poczuli się zaakceptowani, uwierzyli, że są kochani przez Zmartwychwstałego, że są Mu potrzebni. 


Jaka jest droga Kościoła, zadanie na dzisiejsze czasy? 


Towarzyszyć człowiekowi, przekonywać go o Bożym miłosierdziu. Współczesny człowiek jest wystraszony, zakompleksiony, niepewny siebie. Jeśli będziemy straszyć piekłem, karą Bożą, przykazaniami, stracimy go całkowicie. Ucieknie, skuli ogon, odejdzie w kłamstwo, narkotyki, alkohol, świat bez Boga. Uratuje go prawda o miłosierdziu. Jezus na krzyżu przebaczył największemu łotrowi. Kim musiał być ten człowiek, że został skazany na karę śmierci, jaka musiała być jego przestępcza przeszłość?! A Jezus w sekundzie zapomniał o wszystkim i wręczył mu paszport do nieba. Bez moralizowania, wyliczania przykazań, do których tamten się nie stosował. I to nie był Jezus z Góry Ośmiu Błogosławieństw, wyluzowany, wypoczęty. To był Jezus z Golgoty, skatowany, duszący się. Wystarczyło, że ten człowiek zauważył Jezusa obok na krzyżu. To „Jesteś Bogiem!” było kluczowe. W jednym momencie został zalany bezwarunkową miłością Chrystusa.•