Żyłem w śmierci

Joanna Juroszek

|

Gość Katowicki 09/2016

publikacja 25.02.2016 00:00

Trzeźwe życie. Nie powiedział: „Odwal się ode mnie, gnoju. Najpierw się nawróć, idź do Piekar albo do Częstochowy”. Przyszedł do takiego, jakim byłem, a byłem godny pogardy.

Żyłem w śmierci Fragment "Dzienniczka" uratował życie Bartosza Joanna Juroszek /Foto Gość

Imię – Bartosz. Nazwisko – Żytomirski. Wiek – 35 lat. Miejsce zamieszkania – Katowice. Trzeźwość – lat 12. Wychował się w przeciętnej katolickiej rodzinie. Mama, tata, dwie siostry.

– Pamiętam, że wieczorem modliliśmy się razem i tata robił nam znak krzyża na czole. Rodzice dbali o nasze wychowanie i gdyby nie fakt, że tata miał problem z alkoholem, uznałbym, że było idealnie. Jak się rodziłem, byliśmy na granicy śmierci – ja i moja mama. Tata przysiągł wtedy Bogu, że jak przeżyję, to do końca roku nie będzie pić. Dotrzymał obietnicy. Dorastałem w przekonaniu, że sam nigdy nie będę używał alkoholu, picie mi nie imponowało. Jednak życie potoczyło się inaczej… – mówi i zapada cisza. – Miałem kolegów. Znaliśmy się od dzieciństwa.

Smutny pogrzeb

Najpierw to koledzy zaczęli sięgać po alkohol. Potem przyszedł czas na Bartosza. Zna ten dzień bardzo dobrze. Środa, w Katowicach był mecz.

– Ja miałem 15 lat i wtedy pierwszy raz się upiłem. Efekt był taki, że obudziłem się na drugi dzień, miałem zdartą twarz, tzw. asfaltówę, bo w centrum Katowic wypadłem z tramwaju. I pierwszy raz z powodu alkoholu nie poszedłem do szkoły. Oczywiście to był dla mnie duży wstyd, bo wiele osób i w szkole, i na osiedlu o tym mówiło.

Postanowił zmienić towarzystwo, spróbował harcerstwa. Był jeden, drugi obóz. Ale w końcu i tak stwierdził, że wszyscy wokół piją. – Chodziłem dziennie na jedno, dwa piwa. Szukałem moich ulubionych smaków. To był proces. Piłem też tanie wina czy nalewki. Przed moimi 18. urodzinami brałem udział w bójce z obywatelami narodowości arabskiej. Nie jestem dużym człowiekiem, ale pod wpływem alkoholu coś we mnie wstępowało... Było ostro. Moja rodzina przeżyła szok. Trafiłem na izbę wytrzeźwień, a potem na komisariat. Nie było miło. Ale wiedziałem, że nie są w stanie mi nic zrobić, bo to mój pierwszy wybryk, za który nic mi nie grozi – tłumaczy.

Rodzice najpierw obdzwonili szpitale, ale tata Bartosza miał intuicję i przyszedł na policję. – Zapytał, co tu robię. Powiedziałem, że siedzę. Na co on: „Nie mam już syna”. I to mnie wtedy zabolało, serce mi pękło, ale nie dałem tego po sobie poznać. Dziś usprawiedliwiam mojego tatę, bo jedynie Pan Bóg inaczej by się zachował…– przyznaje. Po dwóch dniach zwolnili go do domu. – Przyszedłem na osiedle i byłem jak bohater, bo nikogo nie sprzedałem, przeszedłem chrzest bojowy – wspomina. – Dzień przed moimi 18. urodzinami jeden z moich kolegów po drodze do domu – wcześniej piliśmy alkohol – powiesił się. Miał – Bartosz znów robi pauzę i ścisza głos – 19 lat… To pokazało mi, że życie jest naprawdę poważne, że to nie są żarty, ale niczego więcej w moim życiu nie zmieniło. Na pogrzebie byłem pijany, bo nie wyobrażałem sobie przeżywania tego na trzeźwo. I to był smutny pogrzeb.

Synek, nie jedź

Bartosz pił krótko, tylko 8 lat, ale intensywne. Zaczął w młodym wieku i to wystarczyło, żeby szybko się uzależnić. – Krótko po wakacjach byłem na kolejnym meczu, moi rodzice byli temu przeciwni, bo to zawsze była okazja, żeby pić. Wracałem do domu i moja mama źle się poczuła. Tata zadzwonił po lekarza, okazało się, że jest to coś poważnego, że dostała wylewu. Szybko wzięli ją na neurologię. Zatrzymałem się i powiedziałem, że chcę żyć inaczej. Że nie będę pić przynajmniej do momentu, kiedy nie dowiem się, co dzieje się z mamą. I co się okazało? To było w środę, a ja już w piątek piłem wódkę. Byłem wobec tego bezsilny. Zgniatałem kieliszki w ręce, bo nie byłem w stanie pojąć, jak to się dzieje, że nie chcę, a to robię. Potem, jak poszedłem do niej do szpitala, z głowy wystawały jej rurki, a ja chowałem ręce, żeby nie widziała tych skaleczeń. Cudem z tego wyszła, bez żadnego uszczerbku, miała tylko zalecenia, żeby się nie stresować.

Mama w intencji jego i ojca w Licheniu podpisała dożywotnią abstynencję od alkoholu. – Żenada – skomentował to wtedy. – Kiedy miałem 19 lat, pojechałem na ognisko do kolegi, który szedł do wojska. Mama mi powiedziała: „Synek, nie jedź, bo tyś trzeźwy z ogniska jeszcze nie wrócił”. Miała rację. Nawet nie pamiętam, kiedy zrobiło się ciemno, piliśmy rozrobiony spirytus. I mam przebłyski jakiejś awantury. Nie wiem, jaki był pretekst, ale znowu była izba wytrzeźwień poprzedzona zatrzymaniem na gorącym uczynku.

Bartosz czuł, że powoli się stacza. – Kiedy byłem po przepiciu, żeby zasnąć, musiałem wypić cztery piwa. Bałem się ciemności, bałem się, jak samochód podjeżdżał pod blok, myślałem, że to policja po mnie. Miałem poczucie, że stąpam po cienkim lodzie, że igram ze swoim życiem.

Ludzie, Bóg jest!

W końcu nadszedł rok 2003. Andrzejki. Bartosz wchodzi do lokalnego baru. Pije wódkę, piwo i łamie sobie nogę. Do dziś nie wie, jak. – Rano tata pojechał ze mną założyć gips. Pierwsze, co w tym gipsie zrobiłem, to poszedłem do baru. Miałem L4 na jakieś dwa miesiące. I podczas tego zwolnienia zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło moje życie. Było to podczas koszmarnej nocy, jednej z wielu, bezsennej, pełnej lęku, wyrzutów sumienia, poczucia braku sensu życia i wielkiego przygnębienia. Leżałem z połamaną nogą w łóżku, miałem biegunkę, ręce mi się trzęsły, miałem skurcze mięśni, bałem się, że dostanę zawału serca albo wylewu. Strasznie się pociłem i ręce mi drętwiały. Czułem, że moje życie nie ma żadnego celu, że niczego już w nim nie osiągnę. Nie widziałem dla siebie ratunku, nie było dla mnie nadziei. Tego dnia moja młodsza siostra Monika dała mi do poczytania… „Miłujcie się”. Obciach, dziwny tytuł, ale tak naprawdę nie miałem nic do stracenia. Akurat wtedy nic nie wypiłem, a i tak nie mogłem spać. Zacząłem czytać tę gazetę, a w niej m.in. świadectwa ludzi o ich spotkaniu z Bogiem.

Cisza. Bartosz otwiera szafkę i wyciąga pogniecioną, setną kopię artykułu. Obok stawia „Dzienniczek” siostry Faustyny. – Otwarłem na takiej stronie: „Rozmowa miłosiernego Boga z duszą grzeszną”. Był tam obraz Jezusa miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie” i dialog. Zacząłem to czytać...

Czyta i po latach. – Jezus: Nie lękaj się, duszo grzeszna, swego Zbawiciela, pierwszy zbliżam się do ciebie, bo wiem, że sama z siebie nie jesteś zdolna wznieść się do mnie. Nie uciekaj, dziecię, od Ojca swego, chciej wejść w rozmowę sam na sam ze swym Bogiem miłosierdzia, który sam chce ci powiedzieć słowa przebaczenia i obsypać cię swymi łaskami. O, jak droga mi jest dusza twoja. Zapisałem cię na rękach swoich. I wyryłaś się głęboką raną w sercu moim.

– Nie wiedziałem, skąd są te słowa, ale jak je przeczytałem, to dostałem taki strzał, dotyk Boga, że byłem w 100 proc. pewny, że ta rozmowa odbywa się nie w tej gazecie, tylko że to jest mój autentyczny dialog z Bogiem. W życiu tak się nie czułem – wyjaśnia i czyta dalej. – Dusza: Panie, słyszę głos Twój, który mnie wzywa, abym wróciła ze złej drogi, ale nie mam ani odwagi, ani siły.

– Nic innego nie mógłbym odpowiedzieć. Zacząłem od razu płakać. Jak nigdy wcześniej, to było silniejsze ode mnie – komentuje. (…) – Jezus: Czemuż się lękasz, dziecię moje, Boga miłosierdzia? Świętość moja nie przeszkadza mi, abym ci był miłosierny. Patrz, duszo, dla ciebie założyłem tron miłosierdzia na ziemi, a tym tronem jest tabernakulum, i z tego tronu miłosierdzia pragnę zstępować do serca twego. Patrz, nie otoczyłem się ani świtą, ani strażą, masz przystęp do mnie w każdej chwili, o każdej dnia porze chcę z tobą mówić i pragnę ci udzielać łask. – Dusza: Panie, lękam się, czy mi przebaczysz tak wielką liczbę grzechów, trwogą mnie napełnia moja nędza.

Jezus: Większe jest miłosierdzie moje, aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje. (Dzienniczek św. Faustyny, 1485).

– Nie miałem cienia wątpliwości, że mówi to Jezus. To są słowa najważniejsze w moim życiu. Dobra nowina: Bóg kocha grzesznika. To nie jest ściema dla babć ani dla dzieci w przedszkolu. Leżałem w tym domu, chciałem wstać, obudzić wszystkich i powiedzieć: „Ludzie, Bóg jest!”. Miałem spokój, jakiego w życiu nigdy nie czułem. Jeśli tak jest w niebie, to nie umiem się doczekać – uśmiecha się.

– Dotarło do mnie, że jestem grzesznikiem, że jakbym w tej chwili umarł, to idę do piekła. Żyłem w śmierci, w stanie grzechu śmiertelnego. Miałem niesamowite pragnienie pójścia do spowiedzi. Wiedziałem, że w nocy nie jest to możliwe, ale potem chodziłem, na kartkach pisałem grzechy i Bóg oczyszczał moje serce i przedziwne rzeczy zaczynały się dziać. Nie przestałem od razu pić, ale pragnąłem czegoś innego. 8 lipca 2004 r. to jest pierwszy dzień mojej trzeźwości. I on trwa do dziś. Mam ogromną pokorę w tej kwestii. Wiem, że to jest łaska, którą przechowywać trzeba w naczyniu glinianym. Codziennie na kolanach proszę Boga o trzeźwość.