Po babsku się pobeczałam

Aleksandra Pietryga

|

Gość Katowicki 17/2015

publikacja 23.04.2015 00:00

Ligoniowe laury. Franciszek Pieczka, siostra Ewa Jędrzejak i Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne w Katowicach otrzymują statuetki 42. Śląskiej Nagrody im. Juliusza Ligonia.

 Siostra Ewa Jędrzejak SCB Siostra Ewa Jędrzejak SCB
Maciej Rajfur /Foto Gość

Nagroda od 1963 roku wędruje do osób i instytucji szczególnie zasłużonych dla Śląska. Raz w roku, w porozumieniu z metropolitą katowickim, przyznaje ją Stowarzyszenie „Civitas Christiana”.

Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne

Uzasadnienie: „Za 90-letnią, wierną Kościołowi i Ojczyźnie pracę formacyjno-edukacyjną wielu pokoleń śląskich duszpasterzy, którzy – rozpoznane i przyjęte w murach Seminarium – światło Ewangelii i kultury chrześcijańskiej wytrwale nieśli współczesnym sobie ludziom”. Od 90 lat młodzi mężczyźni stają przed drzwiami WSSD z dylematem: „Wejść, nie wejść...”. Jeśli przekroczą próg, zaczynają kilkuletnią drogę do kapłaństwa.

– Tam rodzi się jakiś przyszły arcybiskup. A może kardynał, może papież? I taką mam wizję proroczą: żeby wreszcie z tego seminarium wyszedł jakiś błogosławiony i święty. Ks. Jan Macha, ks. Franciszek Blachnicki? – opowiadał ks. Henryk Olszar, historyk Kościoła, wykładowca na Wydziale Teologicznym UŚ, w rozmowie z Joanną Juroszek. W ciągu 9 dekad seminarium uformowało ponad 2 tysiące księży. Od tego roku formacja do kapłaństwa trwa 7 lat. Została wydłużona przez wprowadzenie tzw. roku zerowego, propedeutycznego, który odbywa się w Brennej. To czas, kiedy kandydaci na kleryków wyrównują poziom edukacyjny z języka polskiego czy kultury, odbywają bardzo częste rozmowy z ojcem duchownym, uczestniczą w rekolekcjach i rozeznają, czy chcą nadal przygotowywać się do kapłaństwa. – Podstawowy cel seminaryjnej formacji to nawiązanie relacji z Panem Bogiem – tłumaczy ks. Marek Panek, rektor seminarium. – I tylko w tym kontekście można dalej mówić o powołaniu do kapłaństwa. Bycie księdzem nie jest celem samym w sobie.

Siostra Ewa Jędrzejak

prezes Fundacji Evangelium Vitae, boromeuszka z Wrocławia Uzasadnienie: „Za wyrażaną we wspólnocie, poprzez różnorodne dzieła, troskę o rodzinę i życie ludzkie od początku jego istnienia po naturalny kres”. Kiedy dowiedziała się o przyznanej nominacji, mocno się zdziwiła. I nie było w tym żadnej kokieterii. – Tak „po babsku” się pobeczałam – opowiadała naszym kolegom z wrocławskiego dodatku GN. – Określiłabym się raczej jako „zużyty prezes”. Dużo trudniejsze zadania wykonują ludzie pracujący ze mną w Fundacji Evangelium Vitae. To oni zasłużyli na tę nagrodę. Fundacja zajmuje się pomocą społeczną na szeroką skalę, podejmuje pracę na rzecz osób niepełnosprawnych, ochronę i promocję życia oraz zdrowia, opiekę nad rodzinami, prowadzi działalność szkoleniową. „Evangelium Vitae” uruchomiła gabinet leczenia niepłodności metodą naprotechnologii, prowadzi okno życia, poradnictwo na rzecz rodziców, warsztaty, pochówki dzieci zmarłych przed narodzeniem. Kapituła, przyznając nagrodę siostrze, doceniła sposób, w jaki uosabia ona działalność całej organizacji. – Nasz zespół dostrzegł u siostry Ewy umiejętność efektywnej pracy we wspólnocie i właściwe nią kierowanie – powiedział Piotr Sutowicz, członek kapituły.

Franciszek Pieczka, aktor

Uzasadnienie: „Za konsekwentne pielęgnowanie etosu śląskiego oraz wybitne osiągnięcia artystyczne dla kultury polskiej w dziedzinie filmu i teatru”. Za pierwszą wizytę w kinie dostał... pasem po tyłku od ojca. Ale bakcyl został już połknięty. Nieletni Franciszek ubierał krawat, nakładał kapelusz i wymykał się do wodzisławskiego kina na filmy od osiemnastu lat. „Ojciec krzyczał: »Żeby jakaś bomba w to kino uderzyła!«. Proszę sobie wyobrazić, było bombardowanie Wodzisławia, kamienice legły w gruzach i tylko kino pozostało całe...” – opowiada aktor w książce Dariusza Domańskiego „Franciszek Pieczka. Mateusz – Woyzeck – Jańcio Wodnik”. W domu było biednie. Przez sześć lat bezrobotny ojciec z trudem utrzymywał z pracy na roli swoją wielodzietną rodzinę. „Kiedy z perspektywy lat patrzę na to, z jakim poświęceniem to robił, to chapeau bas! Pchał te krowy, ciągnął pług...”. To była górnicza rodzina. Młody Pieczka też znalazł się na kopalni. Przez rok pracował na „Barbarze-Wyzwoleniu”. O mały włos nie stracił życia. Podczas ładowania kamienia z wielkich stalowych płyt odłamek uderzył go w głowę. Poślizgnął się i upadł na płytę. Przodowy w ostatnim momencie złapał go za nogi, a chwilę później runęła ściana... Miał już w kieszeni indeks studenta Politechniki Gliwickiej (nie byle co!), a za sobą miesiąc na wydziale elektroniki, kiedy spakował mały kuferek i ruszył do Warszawy na egzamin do szkoły aktorskiej. „Mój ojciec nie chciał słyszeć o aktorstwie. Wyobrażał sobie, że aktor ciągnie przez życie ten nieszczęsny wóz Tespisa, utożsamiał ten zawód z jakąś wędrowną trupą (…). Głodujący artysta – takie miał dziewiętnastowieczne wyobrażenie o tym zawodzie (…). Oczywiście kiedy już zostałem aktorem i miałem na swoim koncie pierwsze sukcesy zawodowe, ojciec powtarzał dumnie: »Ma to po mnie, moja krew«...”. W Warszawie jego mistrzem i pierwszym przewodnikiem w sztuce aktorstwa został Aleksander Zelwerowicz, wybitny artysta, reżyser, pedagog, dyrektor teatru. To był człowiek wielkiego formatu, teatr był całym jego życiem, ale swoich studentów uczył czegoś więcej niż tylko aktorstwa: uczciwości, obowiązkowości, gotowości do poświęceń. Egzamin wstępny Franciszek Pieczka zdawał w prywatnym mieszkaniu Zelwerowicza. „Nagle poprosił, żebym powiedział wyraz »miasto«, ale w trzech znaczeniach – jako miasto fabryczne, miasto zabytkowe, jak Kraków, i jako miasto pełne uciech, jak Las Vegas. Nie miałem pojęcia, co to było Las Vegas...”. Zelwerowicz docenił wyczucie i talent młodego Ślązaka i przyjął go do szkoły teatralnej. Skala możliwości aktorskich Pieczki jest ogromna. Charakterystyczny i charyzmatyczny. Jego kunszt i kreacje zapadają w pamięć do tego stopnia, że fani teatru na zawsze utożsamiają odgrywaną przez niego postać z nim samym. Choć to nie rola jego życia, trudno nie wspomnieć Gustlika Jelenia z „Czterech pancernych i psa” – kultowej postaci z serialu, który choć propagandowy, przyciągał przed szklany ekran kilka pokoleń. Pierwszy „tasiemiec” o tak szerokim odbiorze społecznym przysporzył niezwykłej popularności aktorom. Byli zapraszani na największe państwowe fety, i rozpoznawani aż po Moskwę. W 2001 roku Pieczka zagrał postać św. Piotra w „Quo vadis” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Jak podkreśla, była to jedna z najważniejszych kreacji na jego aktorskiej drodze. „Byliśmy w Rzymie u Ojca Świętego (…). Zrozumiałem, że grałem świętego Piotra, protoplastę wszystkich papieży (…). Zostałem przedstawiony papieżowi, miałem przygotowany krótki tekst, który chciałem powiedzieć, lecz kiedy do niego podszedłem, zdołałem tylko wykrztusić: »Ojcze Święty, przebacz«, a on podniósł wzrok, spojrzał na mnie i powiedział tylko proste, zwyczajne słowo: »Dziękuję«”.