Jazda bez trzymanki

Gość Katowicki 05/2015

publikacja 29.01.2015 00:00

Rok Życia Konsekrowanego. O łowieczce uciekającej przed wilkiem, mocy modlitwy i miejscach, gdzie przebywa Bóg, z s. Anną Bałchan ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej rozmawia Joanna Juroszek.

 Joanna Juroszek /Foto Gość Joanna Juroszek /Foto Gość
Joanna Juroszek /Foto Gość

Joanna Juroszek: Zacznę być może kontrowersyjnie. Po co Kościołowi osoby życia konsekrowanego?

S. Anna Bałchan: To ja też powiem kontrowersyjnie. Proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie nie ma żadnych sióstr, nie prowadzą żadnych dzieł. Jak to by w Polsce wyglądało...

Może świeccy by się tym zajmowali…

Być może tak. Myślę jednak, że nic nie zastąpi człowieka zakochanego w Bogu. Że człowiek, który przebywa w Panu, bo siostry są w Panu cały czas, ma zupełnie inne podejście do drugiego.

Robiono badania naukowe dotyczące energii przekleństw rzucanych np. na wodę. Jeżeli postawisz szklankę z wodą i atakujesz ją przekleństwami, to zmienia się jej konsystencja. Zrobiono też drugie doświadczenie: w bardzo trudnych dzielnicach dano osobę, która się modliła. I okazało się, że w tej dzielnicy było mniej przestępstw... Nawet jeśli siostrzyczki są już starsze, wysłużone, to siła ich modlitwy oddziałuje, emanuje i myślę, że dopiero po drugiej stronie zobaczymy, jak wiele dzięki niej otrzymaliśmy. Myślę też, że ja robię to, co robię, dzięki czyjejś modlitwie. Być może jakichś sióstr w klauzurowym klasztorze. Życie zakonne to bycie dla, ale nie tylko jako pracownik socjalny. Bóg nie powołuje ludzi idealnych, my jesteśmy przeciętna krajowa. Człowiek decyduje się z całym swoim dobytkiem plusów i minusów oddać Bogu. I On nas przemienia; to jest także nieustanna praca nad sobą. Sfrustrowana zakonnica to jest masakra.

Nawiązując do przykładu z modlitwą za dzielnicę – nie wystarczy, żeby modliła się jedna osoba? Konieczna jest wspólnota?

Tak.

Co ona Siostrze daje?

Czuję, że moje miejsce jest w nieidealnej wspólnocie, którą jednak kieruje Bóg. Człowiek nie może być sam. Jak łowieczka jest od stada łoddalono, to normalnie zaroz jom wilk zezre. We wspólnocie jest siła, to, co umacnia, bezpieczeństwo. Siła zła jest ogromna, ja nie czuję się silna. Potrzebuję wspólnoty, oparcia, bycia razem w tej codzienności, wśród osób, które też zostały wybrane. Ktoś powie: „No, dobra, ale mamy przecież tysiące różnych wspólnot”. Myślę, że fenomen Kościoła polega też na tym, że każdy ma swoje miejsce. Jest wiele dróg na szczyt. I właściwie tak naprawdę nie ma znaczenia, do czego cię Bóg powołuje. On ma swój cel. Natomiast ważne jest to, żebyśmy byli razem. My potrzebujemy osób świeckich modlących się za nas, potrzebujemy łaski wzmocnienia, mocy. I odwrotnie: jesteśmy dla ludzi. To wszystko musi współgrać.

Przyznała się Siostra, że jest człowiekiem słabym, grzesznym. Kiedy bp Grzegorz Ryś na jednym ze spotkań powiedział to samo, na sali wybuchł śmiech. Ludzie nie wierzą, że ktoś słaby potrafi zmieniać Kościół, robić wiele dobrego…

Mają rację. Dlatego, że my nie mamy takiej siły. Cały bajer polega na tym, żeby poddać się Panu. Żeby On mógł działać. Kiedy głoszę konferencje, to nie spotykam się ja, jako Anna Bałchan, bo nie mam nic do dania, nie mam co mędrkować. Bo niby jakim prawem? Natomiast masz to, że posyła cię Kościół, przełożeni, biskup i oczywiście przez nich sam Chrystus – i wtedy na własne oczy widzę, jak Bóg dotyka. Przygotowujesz coś jednego, a nagle mówisz coś innego. Bóg da ci odpowiednie słowa. My doskonale wiemy, że to nie jest z nas. Czasami może być tak, że przestaniesz mówić. Albo cię zablokuje, nieważne; cokolwiek się dzieje, jest to po prostu z Jego woli. Z mojej strony ma być cały czas oczyszczenie, skierowanie na Niego. I to jest najtrudniejsze. Ja mam taką umowę z moim Bogiem, żeby mnie nie wypuszczał. Nawet jeśli będę świrować, bo to w życiu różnie bywa. Nigdy nie możesz być pewna, że jesteś silna, mocna i jak mówi św. Paweł: jak stoisz, to bacz, żebyś nie upadł. I to jest właśnie pokora, to chodzenie w prawdzie. My wszyscy jako chrześcijanie, gdziekolwiek jesteśmy, mamy jedno zadanie: Bóg nas posyła. Jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby Bóg przez nas mógł działać. I niezależnie od tego, czy włożysz habit, czy sutannę, czy zwykłe ubranie, droga jest ta sama. To jest niezatracanie wiary w przeciwnościach, w trudnościach, w bólu, w ciemnościach. Nawet jeśli zrobimy coś złego czy coś namieszamy, to nie znaczy, że Bóg się od nas odwraca. Bóg nigdy nie nudzi się człowiekiem i to jest fenomen mojego Kościoła, za to kocham mój Kościół. I w imię właśnie tej miłości musimy umieć powiedzieć czasem głośne: „nie!”, postawić granice. Bóg daje nam mądrość, rozeznanie, światło. To cała sztuka życia. Potrzeba nam łaski czytania znaków, słuchania tego, co mówi do nas Bóg. To się tak fajnie mówi, ale to jest taka jazda bez trzymanki.

Jezus jadał z celnikami, prostytutkami. Podobnie jak siostra Anna… Jak wygląda ta posługa? Idzie siostra w habicie na ulice i pyta się kobiety: „Przepraszam, wyglądasz na prostytutkę, mogę ci pomóc?”.

O matko kochana! Nie gadaj takich rzeczy. Pierwsza rzecz. Nie prowadzę agencji towarzyskiej. Według Ewangelii nie ma prostytutki, narkomana, alkoholika itd., bo to jest nalepka. To jest reklama grzechu. Człowiek nie jest grzechem. Człowiek jest osobą, która ma swoją godność, osobą, za którą umarł Jezus Chrystus. I mało tego, człowiek został wybrany, niepowtarzalny w swoim istnieniu i zamyśle Stwórcy. Każdego Bóg wzywa po imieniu i dla nas nie ma znaczenia, jaki rodzaj cierpienia niesiesz. Czy to, że żyjesz w związku przemocowym, czy ktoś ci zniszczył dobre imię, czy nie masz pracy, czy są problemy rodzinne, nie radzisz sobie z dziećmi, nie ma znaczenia. To jest cierpienie.

Ludzie ranią, bo sami są zranieni. Podejmują dane wybory, bo nie mają mocy, ponieważ coś się tam wydarzyło. Myślę też, że my, jako chrześcijanie, nie możemy spać spokojnie, ponieważ dzieje się tak wiele sytuacji, które sprowadzają człowieka do niewolnika, do używania, do przedmiotu. Ja już nie chodzę na ulice. Ludzie, jeżeli chcą, przychodzą do nas. Wiedzą, gdzie jesteśmy. Nie pytam się, jaki masz rodzaj grzechu. O swoim grzechu mów w sakramencie pokuty. Tylko Jezus Chrystus daje moc uzdrowienia i wolność. Natomiast ludzie, którzy tutaj przychodzą, mówią o swoim cierpieniu.

W jednym z wywiadów przyznaje Siostra, że aby człowiek się nawrócił, musi zobaczyć, że to ja pierwsza się nawracam. To ja mam być świadkiem wiary wobec tego konkretnego człowieka.

Najtrudniejsze. A jaka jest wiara tych skrzywdzonych kobiet? Dużo Siostra się od nich uczy? Oczywiście, że tak. Dla mnie fenomenem jest to, że Bóg działa i dotyka wszystkich. Każdy ma pragnienie miłości, szacunku, wolności. I to, że Bóg dotyka, opiekuje się, przemawia w różnych, najbardziej ciemnych, masakrycznych miejscach, które można sobie wyobrazić, też jest jakimś znakiem. W największym poniżeniu i cierpieniu – Bóg tam jest. Nie odpuszcza, dotyka. W jakiś sposób ci ludzie tu przychodzą, prawda? Jako chrześcijanie mamy tworzyć możliwości wyboru. I tyle. Najtrudniejszą sprawą jest to, żeby mieć żywą wiarę. Jeżeli przestanę ją mieć, to nie mam nic do dania. Łatwo jest non stop pracować i robić jakiś „szoł”, trudniej jest zachować umiar we wszystkim. Może tak być, że któregoś dnia w ogóle nie będę w stanie spotykać się z ludźmi. Ale jeśli jestem z moim Panem, to i tak będę robić swoje. W sensie modlitwy, bycia, trwania i kto wie, czy to nie będzie więcej.

My, patrząc na osoby bezdomne, ludzi z tzw. marginesu społecznego, od razu ich oceniamy, siebie stawiamy wyżej. Co trzeba mieć w sobie, żeby tak na nie patrzeć?

My się tak zachowujemy w momencie, kiedy jest w nas dużo lęku, bezsilności. Kiedy boimy się bezdomności. Jeżeli człowiek jest ogarnięty miłością Boga, to Bóg zabiera lęk. Chcesz się porównywać, porównaj się z Mistrzem. Oczywiście, że patrzymy na różne zjawiska czy ludzkie wybory, które niosą cierpienie i śmierć, i one nas wkurzają. Nie chodzi o to, żeby tego nie nazywać. Zło jest złem i koniec, kropka. Prawda jest też taka, że ludzie podejmują pewne wybory, one mają swoje konsekwencje. Czasami prowadzą aż do śmierci. I w wymiarze ludzkim mamy często poczucie bezsilności, ale tak naprawdę nigdy nie wiemy, co się dzieje w sercu człowieka. Nigdy.

Najbliższe plany stowarzyszenia?

Stowarzyszenie PoMoc to pomoc dla kobiet i dzieci, ofiar przemocy. Mamy terapeutów, prawników, kobiety mogą skorzystać, nie płacąc za to. Zwyczajnie porozmawiać w neutralnym miejscu o swoich niepokojach. W tej chwili chcemy działać na rzecz tworzenia relacji bez przemocy. Jak patrzeć na ludzi, na dzieci, jakie słowa im mówić, aby miały siłę, moc. Chcemy stworzyć centrum opiekuńczo-rozwojowe, gdzie będzie 40 nowych miejsc żłobkowych, sala warsztatowa, miejsce dla seniorów… Wierzę, że Bóg pobłogosławi i poruszy ludzkie serca. Chcemy objąć pomocą całą rodzinę, żeby była profesjonalna kuchnia, nowe miejsca pracy, nauka zawodu i być może coś, co pomoże potem mieć środki, żeby pomagać, rozwijać się na polu relacji, więzi. Budynek poświęcony jest św. Józefowi, ponieważ naszym dzieciom brakuje tatusiów. Apelujemy do facetów: „Nie dajcie się autować, jesteście potrzebni!”. U nas rodzice, którzy będą chcieli oddać dzieci do żłóbka, nie będą musieli mieć zaświadczenia, że pracują.

Miejsce już jest?

Jest. W tej chwili na etapie końcowym są kwestie projektowe, żeby złożyć pozwolenie na budowę. Aby zacząć pierwszy etap budowy, potrzebujemy 430 tys. zł. Na razie mamy ponad 116,377 tys. Kwoty są ogromne, całość wyniesie ok. 3 mln zł. Ale jak ma być, to będzie. Mam prośbę do ludzi: tu nie chodzi o wielkie pieniądze. Wygospodaruj 10, 15 zł i zaproś do tego innych ludzi i daj przez to znak, że jesteś z nami. Zanim podjęliśmy taką decyzję, ponad dwa lata była modlitwa. Bo to trzeba być wariatem, ale historia Kościoła pokazuje, że jeśli Bóg chce, żeby jakieś dzieło było, to ono powstanie.

Więcej o Centrum Opiekuńczo-Rozwojowym im. św. Józefa w Katowicach i o tym, jak można wesprzeć jego budowę, na: budujemycosdobrego.pl. Więcej o Stowarzyszeniu PoMoc na: po-moc.pl

Siostra Anna będzie także gościem spotkania dot. handlu ludźmi, które odbędzie się 6 marca w kinie Światowid. Więcej tutaj.