Niczego nie żałuję

Aleksandra Pietryga

dodane 31.05.2019 16:00

Rodzice na całym świecie, patrząc na swoje dziecko, odczuwają szczęście i dumę, prawda? My tę radość mamy do potęgi! - mówi Dorota Dolibóg, mama siedmiorga dzieci.

Niczego nie żałuję A nasze dzieci w najbliższym otoczeniu mają tyle osób do kochania Leadfoot / CC 2.0

Aleksandra Pietryga: Ile miałaś lat, kiedy wychodziłaś za mąż?

Dorota Dolibóg: Dwadzieścia...

Szybko dość. Nie było Ci żal młodości, studiów, kariery?

Wtedy absolutnie nie. Byłam zakochana. I dziś myślę, że jeśli za uczuciem stoją inne mocne wartości, dwadzieścia czy dwadzieścia kilka lat, to dobry wiek na start. Im jesteśmy starsi, tym bardziej kalkulujemy, stajemy się wyrachowani. Kombinujemy, czy stać nas na małżeństwo, na dzieci. W konsekwencji opóźniamy podjęcie życiowych decyzji w nieskończoność.

Ale zaczęłaś studia...

Tak, już po ślubie. Studiowałam analitykę medyczną. Mąż bardzo mnie w tym wspierał. Gotował obiad, rezygnował z imprez, kiedy się uczyłam. Jednak przerwałam studia, gdy zaszłam w ciążę z drugim synem. Wtedy wydawało mi się to czasowo nie do pogodzenia. Ale było mi tego żal. Nawet nieraz popłakałam sobie w poduszkę... Z perspektywy lat myślę, że Pan Bóg uchronił mnie od zawodu, w którym nie byłabym szczęśliwa. Tak naprawdę nie znoszę precyzyjnych czynności. Drobiazgowe spisywanie wyników badań to nie mój żywioł.

Przed ślubem rozmawialiście o wizji rodziny, jaką każdy z Was miał?

Na pewno to miała być liczna rodzina. Nie pamiętam rozmowy, w której padłaby jakaś konkretna, wymarzona liczba dzieci. Po prostu: dużo. (śmiech) Jednomyślnie zgodziliśmy się też, by od początku zaprosić Pana Boga do swojego domu, na Nim budować rodzinę. Ja chciałam być mamą na pełny etat, zostać w domu z dziećmi, jak najdłużej się da. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedy mama wychodziła do pracy, mieszkanie wydawało mi się martwe.


A inne marzenia? Dom? Podróże?

Dom zaczęliśmy budować, kiedy powoli nie mieściliśmy się u rodziców. O podróżach nie marzyliśmy. No, mąż trochę... Wtedy te pragnienia trzeba było korygować, bo rodzina była rozwojowa i nie na wszystko można było sobie pozwolić. Teraz Jan zaczyna marzyć na nowo. Myślę, że kiedyś uda mu się zrealizować te marzenia.

Zaskoczyła Was liczba dzieci?

Hm... nie. Byliśmy na nie otwarci. Czekaliśmy na każde jednakowo mocno. Zresztą przy mojej chronicznej niechęci do skrupulatnego prowadzenia wszelkich kart badań możesz sobie wyobrazić, jak wyglądają moje obserwacje metod rozpoznawania płodności. (śmiech) Niczego nie żałuję. Gdybym jeszcze raz miała przeżyć swoje życie, wyglądałoby dokładnie tak samo. Może tylko jeszcze mniej bym się martwiła o pieniądze, o naszą codzienność. Pan Bóg wyjątkowo się o nas troszczy. Nigdy niczego nam nie brakowało, nigdy nie poszliśmy spać głodni. A że nie na wszystko można sobie pozwolić i nieraz musimy zachować dystans do rzeczy materialnych, to tylko lepiej dla nas i dla dzieci.

Co jest wartością dużej rodziny?

Ludzie mówią nam: „Ale u was musi być radośnie na wigilii!”. A u nas tak jest codziennie. To jest plus dużej rodziny. Rodzice na całym świecie, patrząc na swoje dziecko, odczuwają szczęście i dumę, prawda? My tę radość mamy do potęgi! A nasze dzieci w najbliższym otoczeniu mają tyle osób do kochania.


A nie jesteś zmęczona? Kiedyś widziałam, jak przysypiasz w kościele...

(śmiech) Często mi się to zdarza, bo jestem śpiochem. Mam dużą pomoc w domu. To też jest walor wielodzietnej rodziny. Każdy ma swoje obowiązki, dostosowane do wieku, z których musi się wywiązywać. Starsze dzieci chętnie opiekują się młodszym rodzeństwem i naprawdę robią to bez specjalnego przymusu z naszej strony. Zresztą wiedzą, że jeżeli wezmą się do roboty, mama nie będzie taka wykończona i szybciej nastanie „święty czas nicnierobienia”, jak nazywamy bycie razem i odpoczywanie.

Dzieci nie bywają zazdrosne o siebie nawzajem?

Zawsze, kiedy pojawiało się młodsze dziecko, bardzo pilnowaliśmy się, żeby starsze nie czuły się odsunięte. Staraliśmy się więcej czasu im poświęcać. Nie trąbić nieustannie, jaki słodki jest noworodek. Kiedy urodził się nasz najmłodszy syn Adaś, akurat weszło becikowe. Postanowiliśmy za te pieniądze kupić wymarzony skuter dla starszych synów. To tak, jakby młodszy brat przyniósł ze sobą prezent. I to jaki! (śmiech) Zdarza się, że gdy któreś dziecko dostaje na przykład nowe buty, innemu trochę żal. Rozmawiamy z nim wtedy: „Pokaż swoje buty. O, zobacz, są jeszcze dobre. Ale wydaje nam się, że potrzebujesz nowe dżinsy. Co o tym myślisz?”. I tak jest dobrze.

Zostaliście uhonorowani przez prezydenta Polski Złotym Krzyżem Zasługi. Byliście zaskoczeni?


Nawet zbuntowani. Zostaliśmy nominowani bez naszej wiedzy i dowiedzieliśmy się o tym, kiedy wszystko już było ustalone. Myśleliśmy: „Po co ten medal?”. Nie jedziemy po niego! Pojechaliśmy dla dzieci. Przy niechęci dzisiejszego świata do wielodzietności pewnie nieraz przyjdzie im doświadczyć przykrości, kpiny czy braku zrozumienia ze strony innych. Jeśli to odznaczenie może w jakiś sposób ich dowartościować, to niech tak będzie.

Ostracyzm działa w obie strony. Sama czasem wśród wielodzietnych rodzin czuję się osądzana...

Bo masz dwoje dzieci? Nigdy nie patrzę na inne matki według tych kategorii. Różne są dary i łaski, różne też powołania. Czuję się bardzo szczęśliwa w mojej rodzinie i nie wyobrażam sobie, że mogłabym spełniać się w innej roli. Ale mam świadomość, że Pan Bóg każdego prowadzi jego własną drogą. I nie mnie to oceniać.