Pani ministra nam tłumaczy

Franciszek Kucharczak

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz chce rzetelności w kwestii gender. We Francji też to przerabiali, zanim się ocknęli.

Pani ministra nam tłumaczy

Portal Tomasza Lisa „NaTemat” zamieścił tekst pod tytułem „Agnieszka Kozłowska-Rajewicz tłumaczy, czym jest «gender»”. Bo podobno gender jest czymś innym niż jest. My go źle rozumiemy. Albo w ogóle nie rozumiemy. Tylko, takie pytanie, jak to jest, że tego nie rozumiemy? I dlaczego państwo wpaja dzieciom coś, czego nawet nie wytłumaczyło rodzicom? A jeśliby nawet wytłumaczyło, to wypadałoby jeszcze chyba zapytać, czy rodzicom się to podoba, prawda?

Zanim jednak ktoś taki jak Agnieszka Kozłowska-Rajewicz zacznie nam tłumaczyć, czym jest gender, powinien – w imię rzetelności, na jaką się powołuje – wytłumaczyć, kim jest Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. Otóż ta pani, jako pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, opowiedziała się za seksedukacją, która dla wielu ludzi, a już na pewno dla każdego katolika, oznacza deprawację. Jak w czerwcu alarmowała Fundacji Mamy i Taty, „dzieci mają wysłuchiwać opowieści o związkach homoseksualnych, mają być uczone akceptacji dla różnych, w tym także dewiacyjnych, form seksualności, indoktrynowane tzw. prawem do aborcji”. Działanie „równościowe” minister Rajewicz polegało np. na objęciu patronatem publikacji dla nauczycieli pt. „Lekcja Równości”, wydanej przez Kampanię Przeciw Homofobii. W ten sposób zaangażowała autorytet państwa w promowanie „rzetelnej wiedzy”, polegającej na mitach, kolportowanych przez Roberta Biedronia (tak, tego posła, który przyznał publicznie: „w moim przypadku boląca pupa to znaczy, że było dobrze”). Przykład „rzetelności” z tamtej polecanej nauczycielom pozycji? Proszę bardzo: „w społeczeństwie około 8% osób to osoby o nieheteroseksualnej orientacji seksualnej (geje, lesbijki, osoby biseksualne)”. Takie rzeczy (i wiele innych), dawno już skompromitowane, propaguje pani minister, i oczekuje, że jej łaskawe „wytłumaczenie” czym jest gender, zamyka sprawę.

Nie zamyka. Przeciwnie – pokazuje, z jaką arogancją jesteśmy traktowani. Z jaką bezczelnością sekskomanda wyciągają ręce po nasze dzieci, i jeszcze mają pretensje, że im za to nie bijemy czołem. Wystarczy spojrzeć na pierwszą stronę piątkowej „Wyborczej”. Duży tytuł: „Nowa edukacja seksualna”. I podtytuł: „Według MEN połowa klasy będzie się uczyła, jak nakładać prezerwatywę, a połowa – że antykoncepcja to grzech. Czy doprowadzimy do segregacji obyczajowej w szkole?”.

Otóż nie doprowadzimy, jeśli nie pozwolimy deprawatorom niszczyć moralnie naszych dzieci. Bo próby takiego niszczenia są teraz podejmowane z całą siłą i bezczelnością.

Dobrym przykładem tej bezczelności jest sprawa Rybnika, w którym rodzice ośmielili się sprzeciwić genderowej indoktrynacji ich dzieci w przedszkolu (przeczytaj tekst Gender? Bunt rodziców).

Od tamtej pory niemal co dnia czytam w „postępowych” gazetach biadolenie, że wciąż trwa tam „ciemnogród” (ciekawe, skąd dziennikarze, używający tego pełnego szacunku dla ludzi terminu, mają miernik ciemnogrodztwa?). Bo ludzie tam jakoś nie chcą przyjąć „wytłumaczeń”, czym jest gender. I nawet jakoś nie przejmują się medialnym darciem szat nad takim „terrorem”, że ktoś tam rozrzucił ulotki z napisem: „Stop homoterrorowi – chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”. I użył tam znaczka „zakaz pedałowania”, przedstawiającego zarys dogadzających sobie dwóch panów.

Być może to prowokacja, ale nawet jeśli tak, to jaka w tym nieprawda? Właśnie tym chwalił się poseł Biedroń, wiecie?

Nieważne zresztą – Rybnik jest pozytywnym przykładem, że potężna machina propagandowa nie zdoła ludziom przewrócić w głowach, jeśli ludzie są konsekwentni. I jeśli mają oczy otwarte. Wystarczy, że porównają to, co u nas się próbuje zrobić, z tym, co na Zachodzie już się zrobiło.

A propos: już teraz zapowiadam, że 10 stycznia 2014 r. o godzinie 18.00 w kościele św. Teresy w Rybniku-Chwałowicach wystąpi Bertrand Bisch, Francuz, który opowie o tym, jak podstępna propaganda genderowa doprowadziła Francję do miejsca, w jakim jest teraz. Łatwo zauważyć, że w Polsce robi się dokładnie to samo. No chyba że się wierzy pani ministrze od równości.

Tagi: