Dał odpór tandecie

Marta Sudnik-Paluch

|

Gość Katowicki 44/2013

publikacja 31.10.2013 00:00

Pieśń „Pan zstąpił z nieba” zna chyba każdy. Jej autora – brata kard. Augusta Hlonda – kojarzy niewielu.

Dał odpór tandecie Oskar Morawetz /Narodowe Archiwum Cyfrowe

W małej chacie w Mysłowicach trwała kolęda. Ks. Franciszek Klaszka zapytał śpiewające kolędy dzieci państwa Hlondów: – No, chłopcy, to ilu z was będzie księżmi? – Tsy – odpowiedział za wszystkich Toluś. – O, widzicie go! – zawołał rozbawiony ksiądz. – Trzecie powołanie się odzywa! Toluś, czyli Antoni Hlond, był trzecim synem Jana i Marii z domu Imiela. Również jako trzeci przywdział salezjańską sutannę, wzorem swoich starszych braci – Ignacego i Augusta. To za ich przykładem w 1896 r. wyjechał do Włoch. Do nowicjatu Zgromadzenia Salezjańskiego wstąpił w 1899 r. Przełożeni polecili mu podjąć studia filozoficzne na Uniwersytecie Gregoriańskim.

Ponadto prywatnie rozwijał swoje pasje muzyczne. Początkowo jego nauczycielem był salezjanin ks. Rafał Antolisei, muzyk i kompozytor. To w tym okresie ukazały się pierwsze kompozycje religijne kleryka Antoniego, który przybrał pseudonim „Chlondowski”. Nie było to spowodowane chęcią odróżnienia się od brata Augusta, późniejszego prymasa Polski, jak tłumaczą to niektórzy. Pseudonim miał służyć podkreśleniu polskiego pochodzenia.

Aby w pełni zrozumieć fenomen i znaczenie ks. Antoniego Hlonda jako kompozytora, należy nakreślić sytuację, w jakiej znajdowała się ówczesna muzyka sakralna. W Polsce proces jej zeświecczenia rozpoczął się już w epoce baroku. Coraz silniejsze stawały się nurty czerpiące z włoskiej muzyki operowej i klasyków wiedeńskich. Postępujący proces trywializacji doprowadził do sytuacji, w której organiści podczas Mszy przygrywali mazury, menuety czy kozaczki. Takiej sytuacji, podobnie rysującej się w całej Europie, postanowił dać odpór ruch cecyliański, zapoczątkowany ok. 1830 r. przez Kaspara Etta w Monachium. W Polsce dodatkowy problem stanowiło mizerne wykształcenie organistów, którzy bardzo często nie potrafili odczytać zapisu nutowego. Ks. Antoni Hlond doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego jego kompozycje nie były skomplikowane. On sam scharakteryzował je w następujący sposób: „Niniejsze preludia przeznaczone są raczej dla mniej zaawansowanych organistów, dlatego utrzymane są w starej harmonii cecyliańskiej, przejrzystej formie, niewyszukanym kontrapunkcie, łatwym układzie”.

Badacze nie są do końca zgodni, ile preludiów organowych skomponował ks. Hlond. Podawane są liczby 389 i 432 (tyle wymienia sam autor). Ostatecznie drukiem ukazało się ich 225. „Zbiór 225 łatwych preludiów na organy lub harmonium” został bardzo dobrze przyjęty i w krótkim czasie został sprzedany cały nakład. „Jego muzyka była wybitnie wokalna (...). Wczuwał się w rolę przeciętnego organisty, nie umiejącego czytać z nut (śpiewaków), czasu mało do wyuczenia itd. Muzyka tak pisana miała szanse, że praktycznie zwycięży wszystkie inne konkurujące utwory, posiadające więcej oryginalności, miejsc zaskakujących, niespodziewanych, wymagających wskutek tego lepszego dyrygenta, akompaniatora specjalnego. W tym miejscu miał rację (...). Kompozycje ks. Hlonda wypierały coraz skuteczniej niemiecką tandetę religijną. Organiści abonowali i kupowali co tylko pojawiło się nowego z kompozycji ks. Hlonda” – pisał ks. Idzi Mański, kompozytor.

Warto podkreślić, że przed pojawieniem się kompozycji ks. Antoniego i innych polskich kompozytorów tego czasu bardzo popularne były śpiewniki niemieckie. Również z uwagi na ten fakt kompozytor przyjął pseudonim Chlondowski, mający jednoznacznie wskazywać na jego polskie pochodzenie. Szczególnym czasem, w którym ks. Antoni poświęcił się twórczości kompozytorskiej, była II wojna światowa. Przed jej wybuchem pełnił funkcję dyrektora domu zakonnego i proboszcza bazyliki Najświętszego Serca Jezusowego na warszawskiej Pradze.

Z obawy przed prześladowaniami przez hitlerowców (choćby w odwecie za działalność emigracyjną kard. Augusta Hlonda) prowincjał salezjanów polecił ks. Antoniemu opuścić Warszawę. Schronienie znalazło się w Wólce Pęcherskiej koło Grójca. Ks. Antoni został tam kapelanem szarytek, przybierając tożsamość zmarłego w 1922 r. salezjanina ks. Józefa Michalskiego. Po zakończeniu wojny został w 1947 r. wybrany prezesem Zrzeszenia Księży Muzyków. W 1948 r. formalnie zrzekł się funkcji proboszcza bazyliki. W swojej działalności ks. Antoni Hlond dał się poznać nie tylko jako zdolny kompozytor, lecz także zaangażowany duszpasterz. To z jego inicjatywy w warszawskiej bazylice powstał teatr parafialny, który wystawiał spektakle w niedzielne popołudnia. Dodatkowo na Boże Narodzenie przygotowywane były jasełka, a w okresie Wielkiego Postu „Męka Pańska”. Do tych dzieł proboszcz sam pisał muzykę. Na terenie parafii działało 20 różnych organizacji i stowarzyszeń, chóry i orkiestra parafialna. Aby lepiej kontaktować się z parafianami, ks. Hlond założył miesięcznik „Bazylika”, który w znacznej części samodzielnie redagował.

Ostatnie lata życia ks. Antoni spędził w Pęcherach, gdzie był kapelanem szarytek. Czując, że zbliża się śmierć, pod koniec 1962 r. przeniósł się do Czerwińska nad Wisłą, gdzie mieścił się salezjański nowicjat. Korzystałam z książek: „Sztygar Bożej kopalni” ks. Bronisława Kanta SDB, „Ks. Antoni Hlond. Chlondowski” ks. Tadeusza Przybylskiego