Świeczki dla niewolników Stalina

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 41/2013

publikacja 10.10.2013 00:00

Ukraina. W zagłębiu Donbas żyją potomkowie Ślązaków, wywiezionych tam w 1945 roku.

Abp Wiktor Skworc Abp Wiktor Skworc
w prawosławnej kaplicy na cmentarzu pod hutą w Jenakijewo
Przemysław Kucharczak /GN

Dowiedzieli się o tym delegaci Górnego Śląska, którzy odwiedzili Donieck, stolicę Donbasu, żeby tam upamiętnić wywiezionych w 1945 roku Ślązaków.

Płomyki nad grobami

29 września arcybiskup katowicki Wiktor Skworc, biskup zaporoski Marian Buczek oraz biskup greckokatolicki z Doniecka Stefan Meniuk poświęcili tam trzy tablice poświęcone śląskim ofiarom wywózek. Napisy na dwóch z nich są w języku polskim, na trzeciej jest napis po ukraińsku.

Oficjalnym niedzielnym uroczystościom w kościele św. Józefa (pisaliśmy o nich tydzień temu) towarzyszyły też inne spotkania, które wzbogaciły wiedzę zarówno Polaków, jak i Ukraińców na temat ponad 50 tys. Ślązaków wywiezionych w 1945 roku na Wschód. Ślązacy w latach 1945–1954 w Związku Sowieckim przymierali głodem, a mimo to byli zmuszani do bardzo ciężkiej pracy. Według historyków z IPN, zmarła więcej niż połowa z nich. Nikt nie postawił na ich grobach krzyży. Nie wiadomo nawet, gdzie są ich bezimienne mogiły.

Wiadomo za to, na których cmentarzach leżą, również zmuszani do niewolniczej pracy, Niemcy. Ponieważ Ślązaków Sowieci uważali właśnie za Niemców, więc przynajmniej na niektórych z tych cmentarzy, obok prawdziwych Niemców, spoczywają również kości naszych rodaków ze Śląska.

Z tego powodu jeszcze przed oficjalnymi uroczystościami w Doniecku abp Skworc pojechał pomodlić się na jednym z takich cmentarzy do Jenakijewa, na wschód od Doniecka. To rodzinne miasto ukraińskiego prezydenta Janukowycza. Powietrze ma tu taki zapach, jaki wyczuwało się 25 lat temu w Chorzowie. Wszystko wokół jest pokryte szarym pyłem. A w cieniu kominów wielkiej huty leży cmentarz.

Miejscowy proboszcz pokazał na nim arcybiskupowi stare nagrobki obcokrajowców, jednak pochodzące z wcześniejszego okresu, jeszcze sprzed rewolucji 1917 roku. Po grobach wywiezionych Niemców i Ślązaków nie było ani śladu.

Nic dziwnego, skoro zmarłych Ślązaków chowano – jak wspominał później ocalały Alojzy Widera z Gliwic-Sośnicy – „gorzej niż zwierzęta”. „Serce się rozdzierało, nagiego wrzucano do głębokiej na pół metra dziury i przysypywano ziemią, co nie mieściło się w dziurze, odrąbywano szpadlem” – pisał Alojzy w swojej relacji.

Arcybiskup Skworc wszedł więc do prawosławnej kapliczki, która stoi dziś na środku tego cmentarza. Zgodnie z tamtejszą tradycją, zapalił w niej kupione od „babuszki” świeczki. A później poprowadził modlitwę wraz z kilkoma towarzyszącymi mu osobami o zbawienie dla wszystkich Ślązaków, którzy stracili życie na terenie całego Związku Sowieckiego. Nazwał ich „niewolnikami Stalina”.

Płascy jak deski

Walentyna Staruszko z domu Sołtykiewicz, działaczka Towarzystwa Kultury Polskiej Donbasu, pamięta „niewolników Stalina” ze swojego dzieciństwa. Ci, z którymi miała kontakt, prawdopodobnie byli Niemcami, bo jej babcia, żarliwa Polka, rozmawiała z nimi po niemiecku. Zapamiętała, że byli mili dla dzieci i... chudzi. – Byli wręcz płascy jak deski, tak to moja pamięć maluje – mówi.

Przed 10 laty do stowarzyszenia, w którym działa pani Wala, dotarł ciekawy sygnał. Dotyczył Polaków, którzy mieli być na dużą skalę grzebani między Donieckiem a Trudowskoje. – Tam jest takie obniżenie terenu. Można tam trafić, jadąc autobusem nr 42 z centrum Doniecka do Trudowskoje. To teren długi na ok. 3 km – precyzuje. – Przed 10 laty nie mieściło nam się w głowach, skąd tam mieliby się wziąć Polacy. Dopiero jakieś 3 lata temu dowiedzieliśmy się z publikacji IPN, że w Trudowskoje byli przetrzymywani Ślązacy.

Obóz w Trudowskoje pod Donieckiem działał tylko w 1945 roku, później został zlikwidowany. Dwa baraki zajmowali w nim Ślązacy wywiezieni na Wschód z obozu przejściowego w Knurowie. Wstrząsające wspomnienia z Trudowskoje pozostawił wywieziony tu jako zaledwie 15-letni chłopiec Wincenty Zaręba z Przyszowic. Wcale nie był tam najmłodszy. W obozie był z nim też 14-latek, który jednak nagle tam zmarł. Zresztą tydzień po śmierci swojego ojca, który bardzo o niego dbał, chcąc utrzymać chłopca przy życiu.

Dziadek nie był w armii

Innym znaczącym wydarzeniem towarzyszącym uroczystościom było spotkanie śląskich historyków z ukraińskimi studentami na Donieckim Uniwersytecie Narodowym. Zapowiadało się ciekawie, bo na wschodniej Ukrainie silny jest sentyment za czasami sowieckimi. W Doniecku stoi pomnik Lenina, są ulice poświęcone innym komunistycznym zbrodniarzom. Z pompą czci się zwycięstwo bohaterskich żołnierzy Armii Czerwonej nad faszyzmem.

Mocno swój wykład zaczął ks. prof. Bernard Kołodziej ze zgromadzenia chrystusowców, pochodzący z Tychów. Opowiadał m.in. o wejściu żołnierzy sowieckich na Śląsk. O tym, że odczuwali oni nienawiść do Niemców, więc gdy weszli na ziemie przyłączone w 1939 r. do Rzeszy, pod wpływem alkoholu gwałcili kobiety i zabijali cywilów. Powiedział, że mordowali u nas nie tylko Niemców i Polaków, ale nawet przymusowo zatrudnionych w śląskich kopalniach Ukraińców. – Zabili też ks. Pawła Kontnego z Tychów, mojego rodzinnego miasta, za to, że stanął w obronie gwałconej kobiety – mówił.

Nikt go za te słowa nie zaatakował. Studenci słuchali z wielkim zainteresowaniem i zadawali rzeczowe pytania ks. prof. Kołodziejowi oraz mówiącemu po nim dr. Dariuszowi Węgrzynowi z katowickiego IPN. Interesowało ich, na jakiej podstawie prawnej byli wywożeni Ślązacy. Pytali uczestniczącego w spotkaniu burmistrza Radzionkowa Gabriela Tobora, czy jego wywieziony dziadek Michał służył w armii polskiej czy niemieckiej. Burmistrz odpowiedział, że dziadek nie był w żadnej armii i przez całe dorosłe życie pracował w kopalni. Ktoś zapytał, czy choć niektórzy Ślązacy, kiedy zostali już uwolnieni, nie zostali z własnej woli na ukraińskiej ziemi. Najciekawsza odpowiedź padła z ust jednego z działaczy polonijnych w Donbasie. Zdradził, że jego stowarzyszenie miało kontakt z potomkiem jednego z wywiezionych Ślązaków, który na Ukrainie się ożenił i został.

Już wcześniej polski konsul w Doniecku sygnalizował, że potomkowie wywiezionych Ślązaków, a może i oni sami, żyją w miejscowości Torez na wschód od Doniecka. Podobny sygnał napłynął też kilka miesięcy temu do „Gościa”. Dotyczył on wywiezionych do Karagandy w Kazachstanie. Pewna liczba Ślązaków miała tam pożenić się z rosyjskimi Niemkami Wołżańskimi, wywiezionymi do Kazachstanu przez Stalina już w czasie wojny. Poza zwyczajnym przyciąganiem płci zbliżały ich do siebie znajomość języka oraz wyznawany katolicyzm. Zgodnie z tą informacją przekazali oni bardzo żywą wiarę swoim potomkom, pomimo prześladowania Kościoła w Związku Sowieckim.

Ślązaczki giną w kopalniach

Dariusz Węgrzyn, historyk katowickiego IPN, tłumaczył ukraińskim studentom, dlaczego wywózki to tak ważny temat dla Ślązaków. – Trzeba pamiętać, że na Górnym Śląsku funkcjonowały rodziny tradycyjne. Pracował ojciec rodziny, a matka wychowywała dzieci. Kiedy w 1945 roku wywieziono mężczyzn, zostały tam same kobiety. Często młode, z małymi dziećmi. Te rodziny utraciły z dnia na dzień środki do życia. Kobiety musiały więc podjąć pracę. Tu, w Donbasie, znana jest matka górników, która po wojnie pracowała pod ziemią. Na Górnym Śląsku zdesperowane kobiety w 1945 r. także podjęły pracę pod ziemią, jednak wpuszczenie ich tam, a także młodych ludzi, skończyło się tragicznie. Okazało się, że ta praca wymaga nie tylko siły, ale i umiejętności. Procent wypadków bardzo szybko więc w 1945 roku wzrastał. Musiano kobiety spod ziemi wycofać. Ale to pokazuje ich desperację, żeby utrzymać rodziny – powiedział.