Betlejem na rondzie

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 50/2012

publikacja 13.12.2012 00:00

Rybnik. Grupa mieszkańców miała dość świątecznej politycznej poprawności, np. zalewu kartek ze śnieżkiem i choinką, ale bez Dzieciątka. Stawiają więc szopkę na rondzie w centrum dzielnicy. Z Jezusem.

Dawid, Rudolf i Damian Manderowie, jedni z budowniczych stajenki na rondzie Dawid, Rudolf i Damian Manderowie, jedni z budowniczych stajenki na rondzie
Przemysław Kucharczak

Zmobilizował ich... Francuz Laurent Nal, który mieszka w Rybniku-Kamieniu. – Pytał, dlaczego w Polsce, katolickim kraju, nie stawia się szopek w miejscach publicznych. W jego rodzinnej południowej Francji takich stajenek jest dużo – mówi Roman Mandera, jeden z mieszkańców Kamienia, który angażuje się w przygotowanie szopki na rondzie. W tym roku postawią tam stajenkę po raz piąty.

Siano do zachcynio

Co roku ta szopka jest bardziej urozmaicona. Roman Mandera, pracownik kolei, z synem Dawidem, górnikiem i studentem, przygotowali jej konstrukcję. Jego szwagier oheblował deski. Wycięte z blachy figurki przyniósł Franek Mitrenga, prokurator, z racji słusznego wzrostu zwany przez przyjaciół z Kamienia „Wysoka Izba”. R. Mandera zaproponował, żeby te figurki pomalować z obu stron. Wykonała to Asia Kucharczak, plastyk. – Rondo to jest odpowiednie miejsce na stajenkę, bo tam się wszystko kręci wokół Pana Jezusa – skomentowała. Osób zaangażowanych w to jest więcej, np. ktoś co roku daje snopek siana do dekoracji. – To siano niesamowicie pachnące, ostatnio było z tatarakiem. Franek, mąż Asi Kucharczak, skomentował, że ono jest „aż do zachcynio” – śmieje się Roman Mandera. Także Urząd Miasta okazał się przychylny pomysłowi mieszkańców i dał im pozwolenie na udekorowanie ronda. Dlaczego tej grupie ludzi chce się poświęcać swój wolny czas na budowę stajenki? Przede wszystkim dlatego, żeby zamanifestować, co naprawdę świętują 25 i 26 grudnia. Telewizje i radia już od listopada trąbią o świętach, unikając jednak przy tym starannie słowa „Bóg”. Są kraje, gdzie zamiast „Boże Narodzenie” lansuje się nazwę „święta zimowe”. A i w Polsce państwowe instytucje, firmy i zwykli ludzie coraz częściej rozsyłają życzenia „z okazji świąt”, bez doprecyzowania jakich. Na kartkach bra- kuje Dzieciątka, Maryi i Józefa, bo polityczna poprawność dopuszcza tylko choinki, śnieżek i ewentualnie krasnala udającego Świętego Mikołaja. Być może jednak większość ludzi wysyłających takie kartki po prostu uległo modzie, bo się nad sprawą głębiej nie zastanowiło. Tradycyjna stajenka z Jezusem w miejscu publicznym ma im o tym przypomnieć.

Baranki jak dzieci

Oprócz sąsiada Francuza, mieszkańców Kamienia zainspirował też Marek Szołtysek, autor książek o Śląsku i historyk, który już 20 lat temu zaczął budować stajenki w swoim ogrodzie w Rybniku. Ostatnio znajoma z Kamienia namalowała mu nowe figurki. – Mam sześcioro dzieci, które w naszej „betlyjce” występują jako baranki. Każdy ma jakiś atrybut: syn Marcin, który robi filmy, jest barankiem z aparatem, najmłodsza 3-letnia Ania, która nosi torebki i je zbiera, to baranek z torebką, pozostali mają instrumenty, na których grają – wyjaśnia Marek Szołtysek. A św. Józef i Matka Boża mają śląskie stroje, jak on sam z żoną. Szołtyskowie zapalili się do robienia stajenek w 1986 r., w czasie wyjazdu z chórem akademickim KUL do Rzymu. Wtedy nie byli jeszcze małżeństwem. Śpiewali na Pasterce w Watykanie, Małgorzata w sopranach, Marek w basach. – Stajenki były wtedy we Włoszech wszędzie – na ulicach, na rondach. I to takie z Dzieciątkiem, Maryją i Józefem – wspomina Małgorzata Szołtysek.

– Nie wiem, jak jest tam teraz, bo dzisiaj poprawność polityczna wszędzie próbuje tego zakazywać. U nas w czasie komuny też nie było elementów kościelnych na ulicach. Dlatego trochę później, kiedy po ślubie sami zaczęliśmy stawiać stajenki w ogrodzie, spotykaliśmy się z bardzo życzliwym zainteresowaniem sąsiadów. Raz nawet tę szopkę przyszła obejrzeć cała klasa naszego syna z podstawówki razem z wychowawczynią – śmieje się.

Glacaty Józef

Od przeprowadzki „betlyjki” u Szołtysków są mniej widoczne z zewnątrz, bo wyżej wyrosły tuje, a figurki znalazły swoje miejsce na tarasie. – Zresztą ja „betlyjki” robiłem już od dzieciństwa – dodaje Marek Szołtysek. – Szklana tarka do jabłek była żłóbkiem, lalka Dzieciątkiem, figurka Matki Bożej zawsze jakaś była. Największy problem był ze św. Józefem. Robił za niego... posążek Buddy: był idealny, trochę pochylony, z brodą, glacaty – mówi Marek Szołtysek. – Jo wyszoł nawet dalij niż ekumenizm – komentuje. Niedawno zobaczył w wielkim sklepie stajenkę z barankami i gwiazdką, ale bez Dzieciątka, Maryi i Józefa. – Potem żałowałem, że tego nie kupiłem, żeby pokazywać ludziom jako przykład, jak nasza kultura się degeneruje. Ostatnio dzieci, z którymi miałem spotkanie, zaczęły mi same od siebie opowiadać o... pani mikołajowej. Dzieci takie głupoty łapią w mig, a za to prawie nikt już nie wie, który z Trzech Króli – według tradycji – przyjechał na ośle... Albo widziałem niedawno książkę dla dzieci o Bożym Narodzeniu ze zdaniem: „Mamusia przygotowuje pysznego indyka”. Kupuje się w Polsce zagraniczne formaty zupełnie bezmyślnie, bez refleksji, że nasza tradycja jest lepsza. To tak, jakby Włosi sprowadzali makaron z innych krajów – mówi. Marek Szołtysek uważa, że współczesna kultura już nawet nie dryfuje – ona jest bez steru, bez wioseł i bez żagla. – Przypływ nią ciepie, ale bele na tej łajbie jest żarcie, zasięg i telewizja internetowa... Mimo to uważam, że choć ateizacji i zeświecczenia będzie jeszcze trochę więcej, jednak to się ludziom przeje. Być może moja myśl biegnie trochę dalej, niż moje życie może trwać, ale tak będzie. Kiedy większość ludzi masowo wchodzi w jakąś modę, w gabinetach filozofów już wykuwają się nowe idee. Jak wokół jest sto sklepów z telewizorami, to ty nie otwieraj sto pierwszego. Dlatego ja stawiam na kulturę regionalną i kulturę religijną. Warto swoje robić. A w święta nie tylko zeżreć cztery razy więcej niż zwykle, ale też przedtem zrobić plan, kupić płyty pilśniowe, wyrzynarkę, farby i zrobić „betlyjka” – proponuje.•