Obrona Misia

Przemysław Kucharczak

|

Gość Katowicki 47/2012

publikacja 22.11.2012 00:00

Historia. „Zaś wojna sie zaczła, bo tela aut jechało! Dzwony bijom! I ludzie lecom ku kościele z widłami i łomami!” – myślał 10-letni Józik Pawełek, biegnąc z dorosłymi. Mija 60 lat od obrony przed ubekami ks. Pawła Misia w Czernicy pod Rybnikiem.

Józef Pawełek był świadkiem obrony księdza jako 10-latek  po prawej: Regina Bobrzyk miała 25 lat, kiedy z innymi broniła księdza Józef Pawełek był świadkiem obrony księdza jako 10-latek po prawej: Regina Bobrzyk miała 25 lat, kiedy z innymi broniła księdza
zdjęcia Przemysław Kucharczak

To było niezwykłe wydarzenie. W listopadzie 1952 r., w czarnym okresie stalinowskim, katolicy z parafii pod Rybnikiem odważyli się wystąpić przeciw Urzędowi Bezpieczeństwa. Zaalarmowani biciem w dzwony przez dzielną parafiankę Martę Bezuch, zbiegli się tłumnie z należących do parafii wsi Czernica i Łuków. Zaskoczeni funkcjonariusze, którzy przybyli aresztować ich proboszcza, wycofali się. Na trzy dni.

Choby miś po drabinie

Zaczęło się od tego, że ks. Paweł Miś zebrał wśród parafian w Czernicy podpisy pod petycją w sprawie przywrócenia nauczania religii w szkołach. Była to akcja prowadzona 1 i 2 listopada 1952 r. w całej diecezji katowickiej na polecenie bp. Stanisława Adamskiego. Komunistyczne władze wpadły jednak z jej powodu we wściekłość i wysiedliły biskupów śląskich. Kiedy przebywającemu w Kokoszycach biskupowi Adamskiemu oficer odczytywał nakaz opuszczenia diecezji, biskup przerwał mu: „Ja to już raz słyszałem”, po czym dodał: „Te same słowa padły w 1941 roku z ust gestapowców, którzy mnie wysiedlili wtedy z Katowic”. Inni śląscy księża, których władza uznała za niepokornych, mieli być aresztowani. Między innymi ks. Paweł Miś z Czernicy, który – jak twierdzą tutejsi – odmówił władzom przekazania listy z podpisami parafian. Ksiądz Miś pochodził z Bierunia. Miał ciekawe wojenne losy: wcielony do Wehrmachtu jako kapelan wojskowy, zdezerterował w czasie transportu na Kretę i ukrywał się w Grecji. Później dostał się do armii Andersa. Do Polski wrócił w 1947 roku. W 1950 r. trafił do Czernicy, gdzie trwała budowa kościoła. Ledwie przyjechał, porozmawiał z parafianami, którzy pracowali na budowie. Jedna z dziewczyn – Anna Taszka – nieświadoma, jakie nazwisko nosi nowy ksiądz, rzuciła: „Teroz póda choby miś po tyj drabinie”. – No i prziszła niedziela, a ksiądz sie w kościele przedstawio, że nazywo sie Paweł Miś... Koleżanka poszła go przeprosić, ale ks. Miś tyż sie z tego rozśmioł. Był z tego dlo wszystkich wielki śmiych – wspomina 85-letnia dziś Regina Bobrzyk. Ksiądz Miś był genialnym organizatorem, więc budowa kościoła ruszyła z kopyta. Pracował fizycznie razem z parafianami. – Był wesoły na budowie, ale surowy dla nas, dzieci, na lekcji religii – wspomina 70-letni dziś Józef Pawełek. – Miał taką modę, że ciągnął za uszy. Jak wracałeś z lekcji religii z czerwonymi uszami, to był znak: „A, zaś żeś coś nie wiedzioł”. Mimo to dzieci swojego księdza lubiły. – Mielimy uciecha, że my mogli pomóc przy budowie. Zwłaszcza zamiast siedzieć na lekcji religii – śmieje się Józef Pawełek.

Odwaga Fridy i Marty

Ubecy, którzy 4 listopada zajechali samochodami pod probostwo, trafili na gospodynię, panią Fridę rodem z Rydułtów-Radoszów. Odpowiedziała, że proboszcza nie ma. I nie dość, że odmówiła otwarcia drzwi, to wyzwała ubowców od gestapowców. Zapłaciła za to później 10 miesiącami spędzonymi w więzieniu. Następne wydarzenia potoczyły się szybko. Frida zaalarmowała Martę Bezuch, u której na prywatnej posesji stała tymczasowa dzwonnica. Marta chwyciła za sznury i rozkołysała dzwony. Na ten sygnał parafianie jakby czekali. Nagle ze wszystkich stron zaczęli zbiegać się ludzie. Niektórzy ze starszych byli uzbrojeni w widły i łomy. Widzieli zresztą wcześniej podążające w stronę kościoła czarne samochody, więc już od paru minut przeczuwali, co się święci. Wtedy przejazd nawet pojedynczego samochodu budził jeszcze na wsi wielką ciekawość. – Wiadomość, że aresztują księdza, rozniosła się błyskawicznie. Bardzo szybko pojawili się nawet ludzie z drugiej wsi, z Łukowa – relacjonuje J. Pawełek. Dzwony biły długo, bardzo długo. Jeden z głównych obrońców księdza Misia, ówczesny kościelny Alfons Koszorz, powiedział przed swoją śmiercią Józefowi Pawełkowi: „Do dzisiaj pamiętam bicie tych dzwonów”.

Młodzież wychodzi z „muzyki”

25-letnia wtedy Regina Bobrzyk w tym czasie bawiła się „na muzyce”, czyli na zabawie, „w sali u Porwolika”. Nagle do środka wpadł ktoś z wieścią, że księdza aresztują. – Nie wiym, czy wszyscy, ale dużom grupom młodych od razu my wyszli z sali i ruszyli pod kościół – wspomina. Ubecy na widok takiej mobilizacji stracili głowę. Wycofali się spod kościoła i stanęli 200 metrów dalej, pod szkołą. – Nie baliście się konsekwencji? – pytamy. Pani Regina zastanawia się przez chwilę. – Nie, nie było tak, żeby ludzie sie boli. Ale tyż pod tym kościołem było dość spokojnie, nie wznosilimy żodnych okrzyków, yno my tam stoli – wspomina. Zapadł zmrok. Kościelny Alfons Koszorz namówił księdza Misia do ucieczki. Dał mu własne, grube okulary i poprowadził przez pola do domu państwa Dongów. Ksiądz spędził tam noc. Ubecja nocą odjechała. A rano ksiądz Miś wrócił do starego, tymczasowego kościoła. Parafianie trzymali tam wartę. Ksiądz wystawił więc dla nich Najświętszy Sakrament. – Był tam z nami przez trzy dni. Modlił się i spowiadał w kościele, jadł i spał w zakrystii – wspomina Józef Pawełek. Czy ksiądz nie był akcją UB przygnębiony? – Nie, nie było po nim nic znać. On był raczej twardy. Też tam byłem, ale byłem tylko dzieckiem; dużo było młodzieży, choć dyrektorzy szkół zabraniali. Jechali do swoich szkół prosto z nocnej warty albo byli w kościele przez cały czas – mówi pan Józef. Za to jo mioł fajno nauczycielka Waleria Wideczanka. Piyrsze, co my robili po wejściu na klasy, to my razem z nią rzykali [modlili się] za ksiyndza. Trwało to nie yno przez te trzy dni, ale i przez cołki nastympny rok – dodaje.

Upadek z rusztowania

Na trzeci dzień w kościele zjawiła się delegacja urzędników z przewodniczącym gminy Gaszowice. Zaprosili księdza do Urzędu Gminy, żeby podpisał jakiś protokół. Gwarantowali, że nikt go nie aresztuje. Była to jednak pułapka. Ksiądz wprost z urzędu został wywieziony do aresztu. Zresztą, pewnie liczył się z tym, że idzie na aresztowanie. W nieskończoność nie mógł przeciągać mieszkania w zakrystii bez narażania swoich parafian. Dostał wyrok trzech lat więzienia. Odsiedział rok. O dwa miesiące krócej siedziała jego gospodyni. Formalnym pretekstem aresztowania księdza były rzekome nieprawidłowości, których władze dopatrzyły się przy budowie kościoła w Czernicy. Do parafii wrócił w 1953 roku. Doczekał tam upadku stalinizmu i powrotu do diecezji wygnanych biskupów. A w 1960 r. bp Herbert Bednorz mianował go proboszczem i dziekanem w Lublińcu. Jako doskonały organizator został też diecezjalnym referentem ds. budowy kościołów. Biskup Bednorz bardzo go cenił. Podobno po śmierci ks. Misia, gdy biskup Herbert wygłaszał długą mowę ku jego czci, księża kawalarze intonowali na melodię litanii: „Święty Mi-i-isiu...!”. Znając wesołe usposobienie ks. Pawła, można się domyśleć, że na pewno nie miał im tego za złe. Zmarł w 1980 roku tragicznie, ale za to przy pracy, którą najbardziej kochał. W wieku 64 lat spadł z rusztowania na budowie kościoła w Jawornicy, na którą codziennie dojeżdżał rowerem z centrum Lublińca, żeby pomagać robotnikom przy pracy.