Wybrałem Grażyna

Przemysław Kucharczak


|

Gość Katowicki

publikacja 04.04.2012 18:10

Z Marsylii do Kamienia. Osiadł w Rybniku dla pewnej ślicznej dziewczyny. I choć pochodzi z laickiej Francji, widać, że jest 
żarliwiej wierzący niż często letni Polacy-katolicy.

Polsko-francuska rodzina Nalów w Rybniku-Kamieniu: Laurent z żoną Grażyną i ich dzieci: Filip, Józek, Laura, Tomek i Mateusz Polsko-francuska rodzina Nalów w Rybniku-Kamieniu: Laurent z żoną Grażyną i ich dzieci: Filip, Józek, Laura, Tomek i Mateusz
Joanna Kucharczak

Laurent Nal, Francuz z Rybnika-Kamienia, do 1996 r. mieszkał w Marsylii. – Tam było ciepło, miło. Ale Grażyna chciała być w Polsce, a ja chciałem być blisko niej – mówi. – Nie wybrałem Polska, wybrałem Grażyna. Ale teraz bardzo dobrze się w Polsce czuję. Ludzie są bardzo otwarci na mnie, miło mnie przyjmują – tłumaczy, robiąc jeszcze niewielkie błędy po polsku.
Dzieci Nalów wolą mówić po polsku niż po francusku. Wnoszą też do rodziny przyniesione z podwórka „ausdruki”, śląskie powiedzonka. W rozmowie z nami Laurent użył nawet śląskiego słowa „rzykomy” (bo każdego wieczoru z żoną i trójką starszych synów odmawiają Różaniec w salonie swojego domu). – A nasi najmłodsi – Filip i Laura – biegają wtedy wokół nas, czasami przeszkadzają, ale to jest fajne – śmieje się.
Niedawno Laurent powiedział przyjaciołom, że skoro tak długo mieszka w Rybniku, to już też jest Ślązakiem. – Wiesz, Laurenty, nie obraź się, ale z hanysem łączy cię tylko tyle, że też jesteś ssakiem – odpalił jeden z nich, wywołując u Laurenta bardzo długą salwę śmiechu.


Spotkanie na pielgrzymce


Do kościoła Laurent chodzi dopiero od 12. roku życia. Jego rodzice nie byli zbyt praktykującymi katolikami, ale wysyłali swoich trzech synów do klubu prowadzonego przez Opus Dei. Pozwalali im też jeździć z Opus Dei na obozy letnie, bo mieli zaufanie do prowadzących. Laurent i jego bracia nawiązali w czasie tych obozów osobistą więź z Panem Bogiem i do dzisiaj – w przeciwieństwie do rodziców – są bardzo wierzący.
W 1994 r., w czasie pielgrzymki młodzieży do św. Józefa, Laurent poznał studiującą w Marsylii Polkę – Grażynę. Dziewczyna jednak akurat kończyła studia i wracała do siebie na Śląsk. Korespondowali przez półtora roku. A w 1996 r. Laurent przeprowadził się do Polski, żeby być bliżej niej. Z książki telefonicznej wybrał wtedy numer schroniska. Powiedziano mu, że miejsce jest. Kiedy jednak poprosił o rezerwację, usłyszał, że dla niego jednak miejsca nie ma. Zrobiło mu się przykro, że tak tutaj dyskryminują Francuzów. Po chwili wyjaśniło się, że dodzwonił się do schroniska... dla zwierząt.
Laurent jest informatykiem. W Marsylii zarabiał 9 tys. franków. Po przyjeździe do Polski pierwszą pracę znalazł na Politechnice Śląskiej za... 500 zł miesięcznie. To było około 10 razy mniej niż we Francji. – Rodzicom nie powiedziałem, ile w Polsce zarabiam... I tak byli przestraszeni moją przeprowadzką. Uspokoili się dopiero, kiedy poznali Grażynę – wspomina.


Szkoła z Opus Dei


W 1997 r. pobrali się. Mają czterech synów i córkę. Ze względu na nich Laurent działa społecznie – organizuje np. na Śląsku bardzo ciekawe wykłady Akademii Familijnej o wychowaniu dzieci. Z kilkoma innymi pasjonatami utworzył w Katowicach przedszkole „Węgielek”, nad którym opiekę duchową sprawują księża z Opus Dei. Codziennie wozi tam z Rybnika swoje młodsze dzieci. Zaangażował się też w tworzenie pierwszych na Śląsku szkół Stowarzyszenia „Sternik”, dla dziewcząt i dla chłopców. Obie ruszą już we wrześniu w Katowicach--Dąbrówce Małej. Opiekę duchową nad ich uczniami też ma sprawować Opus Dei. – Nie ma złych szkół. Robimy własną szkołę, bo sami, jako rodzice, chcemy się w nią zaangażować bardziej – tłumaczy.
Na razie w Polsce jest tylko kilka szkół „Sternika”. Są świetne, choć to nie propozycja dla każdego, bo nauka w nich nie jest tania, a rodzice muszą poświęcać tej szkole mnóstwo własnego czasu. – Ta szkoła nie zastępuje rodziców, tylko ich wspiera w wychowaniu. Dla dorosłych też będą wykłady, konferencje, wycieczki i piłka nożna. Wtedy między rodzicami mogą się tworzyć dobra atmosfera i przyjaźnie. A między tym, co dzieciom przekazuje szkoła, a rodziną będzie spójność – mówi Laurent.
Jak po 16 latach na Śląsku katolik z Francji ocenia naszą religijność? Z początku wymiguje się, że nie ma prawa tego oceniać. Ale po ponowieniu pytania wylicza minusy i plusy. – Jest tu coś takiego, jak wiara tradycyjna, mało głęboka: ludzie dobrze się zachowują, ale jak jest jakiś kryzys, nie wytrzymuje to ognia. Jakaś formacja niedokończona, jak u rycerza jedi Luke’a Skywalkera w „Gwiezdnych wojnach” [z powodu niedokończenia formacji istniało zagrożenie, że wybierze ciemną stronę mocy – przyp. aut.]. Ale nie u wszystkich. Przez te 16 lat poznałem tu wielu ogromnie zaangażowanych ludzi i dziesiątki wspaniałych inicjatyw – mówi Laurent Nal.•