Miała 22 lata. Była osiem miesięcy po ślubie, studiowała. Młoda żona, młoda kobieta, całe życie przed nią. I wtedy pojawiła się diagnoza: stwardnienie rozsiane. - Gdy dostałam samą diagnozę, było to bardzo trudne, ale zarazem też mając 22 lata, ja o tej chorobie po prostu kompletnie nic nie wiedziałam - wspomina. To były inne czasy. Nie było internetu, w którym można było w kilka minut znaleźć setki informacji. Były gazety, pojedyncze wiadomości, rozmowy z lekarzami. - Także to dopiero z biegiem lat się coraz więcej rzeczy dowiadywałam - mówi. A wraz z wiedzą przychodziła świadomość, czym może być choroba. Na początku pojawił się niedowład, ale później się cofnął. Przez wiele lat objawy były niewielkie. Mogła ukończyć studia, żyć w miarę normalnie. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy pozostawało pytanie: jak będzie wyglądało jutro?
Nie bierz sobie takiego krzyża
Najtrudniejsza była nie tylko sama choroba. Także świadomość, że diagnoza może zmienić życie ich obojga. Młode małżeństwo dopiero zaczynało wspólną drogę. „Nawet mężowi powiedziałam, kiedy już coś wiedzieliśmy na temat choroby, żeby po prostu nie brał sobie takiego krzyża. Bo my nie wiedzieliśmy, w którą stronę ta choroba pójdzie. On jednak nie zamierzał odchodzić. Jeździł z nią na pierwsze rehabilitacje. Pilnował, żeby ćwiczyła. Był obok, kiedy trzeba było zmierzyć się z tym, czego oboje jeszcze nie rozumieli. Później, zaledwie dwa miesiące po tej rozmowie o chorobie, zmarł jej teść. Mąż stracił ojca, wcześniej stracił już mamę. I znów trzeba było razem dźwigać kolejny ciężar.
Pytanie o szerokość drzwi
Przez wiele lat choroba nie odbierała jej możliwości chodzenia. Ale świadomość, że może nadejść moment, kiedy potrzebny będzie wózek, nigdy całkowicie nie zniknęła. Pamięta remont domu. Trafiła wtedy do Stowarzyszenia Chorych na Stwardnienie Rozsiane. Tam zdobywała informacje o chorobie i poznawała innych pacjentów. Prezes stowarzyszenia poruszał się na wózku. - Jak robiliśmy remont, musieliśmy wymienić drzwi, to ja się jego pytałam, jaka jest szerokość drzwi. Tak już na przyszłość - opowiada. Usłyszała wtedy: "spokojnie, może być tak, że w ogóle nie usiądzie na wózek". To zdanie pamięta do dziś. - Gdzieś tam z tyłu głowy zawsze była ta świadomość, do tej pory jest. bo niestety to jest choroba nieobliczalna. Każdy choruje inaczej. U jednych postępuje szybko, u innych przez wiele lat pozostaje łagodniejsza - podkreśla. Ona przez długi czas mogła chodzić bez pomocy. Dopiero trzy lata temu zaczęła poruszać się o kuli. Dziś potrzebuje także wózka.
Córka – dar, o który trzeba było zawalczyć
Była jeszcze jedna ważna decyzja: dziecko. Już po diagnozie. Nie od razu. Po sześciu latach małżeństwa urodziła się ich córka. Decyzja była trudna, bo lekarze nie byli zgodni. - Jedni mówili, że jak najbardziej mogę urodzić dziecko. Inni lekarze mówili, że absolutnie nie. Jedni, żeby jak najszybciej jednak to dziecko urodzić - wspomina. Zawsze marzyli o dwójce dzieci. Później jednak pojawiła się myśl, że jeśli choć jedno... I jest. Zdrowa córka. Dziś córka jest z mamą w Lourdes. Pomaga jej podczas pielgrzymki, także wtedy, kiedy dystanse okazują się zbyt duże, żeby pokonać je o kulach.
Dlaczego ja?
Nie od razu pojawiła się zgoda. Był bunt. Były pytania. „Dlaczego ja? Dlaczego się to w ogóle wydarzyło?" Potrzeba było lat, żeby oswoić chorobę. Żeby przestać pytać tylko o to, dlaczego. - Dopiero po iluś latach musiała nastąpić ta akceptacja, żeby się pogodzić z tą sytuacją - przyznaje. Dziś mówi krótko: "Niech się dzieje wola Boża." To nie oznacza, że przestała prosić o uzdrowienie. Właśnie po to przyjechała do Lourdes. Ale nauczyła się prosić inaczej.
Lourdes i nadzieja na cud
Lourdes zna tysiące takich próśb. Od czasu objawień Matki Bożej Bernadecie Soubirous w 1858 roku zgłoszono tutaj ponad 7 tysięcy przypadków uzdrowień. Kościół katolicki uznał dotąd 72 z nich za cuda. Ponad 80 proc. osób, których uzdrowienia zostały uznane za cudowne, stanowią kobiety. W 50 przypadkach uzdrowienie wiązało się z kontaktem z wodą z Lourdes, najczęściej podczas kąpieli w sanktuaryjnych basenach. Ale Lourdes nie ogłasza cudu przy pierwszym świadectwie. Każdy przypadek jest badany. Dokumentacja medyczna jest analizowana, a lekarze sprawdzają, czy poprawy stanu zdrowia nie można wyjaśnić współczesną wiedzą medyczną. Proces może trwać wiele lat. Najnowszy, 72. cud został oficjalnie ogłoszony w kwietniu 2025 roku. To historia Antonii Raco. Przyjechała ona do Lourdes w 2009 roku z włoską organizacją pielgrzymkową UNITALSI. Cierpiała na pierwotne stwardnienie boczne – PLS, rzadką chorobę neurologiczną. W Lourdes została uzdrowiona. Jej przypadek przez lata był szczegółowo badany. W 2017 roku lekarze z Biura Obserwacji Medycznych w Lourdes uznali uzdrowienie za niewytłumaczalne w świetle wiedzy medycznej. Później następowały kolejne lata obserwacji. W listopadzie 2024 roku Międzynarodowy Komitet Medyczny Lourdes większością głosów uznał, że jej uzdrowienie było nagłe, całkowite, trwałe i niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny. 16 kwietnia 2025 roku biskup diecezji Tursi-Lagonegro oficjalnie ogłosił je 72. cudem Lourdes.
Pan Bóg też mnie takiej potrzebuje
Wiesia z nadzieją patrzy na Grotę. Może i ona zostanie uzdrowiona? Ale do słów: "Jeśli będzie taka wola Boża, to On mnie uzdrowi" dodaje" - My jesteśmy narzędziem dla Pana Boga. On każdego z nas potrzebuje. Jednego potrzebuje, żeby biegał, skakał, a jednego, żeby po prostu inaczej funkcjonował. Wiesia należy do wspólnoty Galilea. Tam wielbi Boga. I mówi Mu o wszystkim. - Czy mnie w danym dniu coś boli, jakie rzeczy mam do załatwienia, które mam trudności z tym - wymienia. Mówi Mu nawet o swoich małych marzeniach. Kiedyś powiedziała Panu Bogu, że chciałaby polecieć samolotem. Nigdy wcześniej nie leciała. Myślała o krótkim locie, może gdzieś niedaleko. -No i właśnie się okazało, że polecę, ale do Lourdes, do Francji. Także trochę zażartował ze mnie Pan Bóg - uśmiecha się. Najbardziej poruszająca była dla niej kąpiel w basenach, tych basenach, gdzie można doświadczyć uzdrowienia. Była modlitwa. Kolejna dziesiątka Różańca. I nagle łzy. Tylko tyle. A może aż tyle. Bo być może Lourdes nie zawsze zaczyna się od tego, że człowiek nagle wstaje z wózka. Czasem cud zaczyna się wcześniej. Od pokoju. Od łez. Od zgody, która przychodzi po latach buntu. Od słów: „Niech się dzieje wola Boża". I od prośby, która nadal pozostaje w sercu: "Panie Boże, jeśli taka jest Twoja wola - uzdrów mnie. A jeśli masz dla mnie inną drogę - naucz mnie nią iść".








