• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Upokorzone dzieci

    ks. Rafał Skitek

    |

    Gość Katowicki 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    Ta obława była doskonale zaplanowana. Do domów polskich rodzin wkroczyli nad ranem. Aresztowali wszystkich. Do rozpaczliwych scen doszło chwilę później. W mysłowickim więzieniu policyjnym.

    Jest rok 1943. Józefa, Anna i Halina mają kolejno: 5, 7 i 11 lat. Ich życiowy dramat rozgrywa się latem. O traumatycznych doświadczeniach obozowych opowiadają po latach w filmie dokumentalnym Krzysztofa Korwina-Piotrowskiego i Piotra Kulisia „Kinderlager Pogrzebin”.

    Jest to wstrząsająca i pełna bólu opowieść o losach polskich dzieci wywiezionych latem 1943 r. przez nazistów do Kinderlagru w Pogrzebieniu koło Raciborza. Najpierw brutalnie rozdzielono je od rodziców. Matki wywieziono do Auschwitz. Po kilku miesiącach trafiły już do krematorium. Ojców zaś torturowano, później – za działalność antyniemiecką – zazwyczaj rozstrzeliwano pod ścianą śmierci w Auschwitz.

    Dla Józefy Posch-Kotyrby brutalne oddzielenie od mamy, do którego doszło w mysłowickim więzieniu policyjnym, było krytycznym momentem w jej życiu. W filmie mówi o tym przez łzy. – Nigdy tego nie zapomnę. Chwyciłam się mocno mamy, złapałam nogami i nie dałam się oderwać. No ale musiałam – mówi była więźniarka. – To była prawdziwa gehenna – dodaje Anna Szafraniec.

    – Tak naprawdę nikt nie wiedział, po co naziści przewieźli dzieci do Pogrzebienia. Przecież do Auschwitz trafiały całe rodziny – tłumaczy Krzysztof Korwin-Piotrowski, autor filmu. I dodaje, że „w Pogrzebieniu zrobili to specjalnie, żeby jeszcze bardziej upokorzyć polskie rodziny”. – To było perfidne. Po kilku dniach od przewiezienia ich do Pogrzebienia przyjechała komisja rasowa, żeby przyznać dzieciom „adekwatną” kategorię. Tym, u których stwierdzono rasę podobną do aryjskiej, przyznano kategorię „A”. Część z tych dzieci została przewieziona do Niemiec. Zostały „zniemczone” – opowiada.

    Dzieci w Pogrzebieniu przetrzymywano w okropnych warunkach sanitarnych i żywieniowych. Dzienny przydział jedzenia był taki jak w obozach zagłady: kromka chleba, czarna kawa i zupa z karpieli albo z liści. Ziemniaki były, ale tylko dla... świń. Bo naziści hodowali je dla siebie.

    – To, że nakręciłem ten film, jest przedziwne. Jedyny dokument historyczny, na który się dotychczas zdecydowałem, to film o Janie Nowaku-Jeziorańskim. Zrobiłem go razem z Piotrem Kulisiem, operatorem kamery i reporterem TVP Katowice. To właśnie on zwrócił się do mnie rok temu z pytaniem, czy nie zechciałbym wyreżyserować czegoś nowego. Miał już wstępnie zebrane materiały. Kiedy je przejrzałem, powiedziałem sobie: „To chyba nie dla mnie. Nie jestem zresztą historykiem. Poza tym to zbyt dramatyczna historia – o dzieciach, o sierotach wojennych”. Chodziłem z tym parę miesięcy. W pewnym momencie spojrzałem na moje małe dziecko. I zacząłem się zastanawiać, jak to mogło wyglądać w 1943 roku. To był dla mnie kluczowy moment – wyjaśnia reżyser.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół