• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Szacunek, a nie ekodeklaracje

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 31/2017

    dodane 03.08.2017 00:00

    Coraz chętniej chcemy się przenosić z centrów wielkich miast na zaciszne wsie. Jednak po przeprowadzce często okazuje się, że wyobrażenia o życiu na łonie natury rozmijają się z rzeczywistością.

    Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała – marzenie o dworku wśród pól ciągle jest żywe. Czy to wpływ Mickiewicza? Czy raczej chęć ucieczki przed zgiełkiem miasta? Trudno jednoznacznie określić. Jedno jest pewne – rzeczywistość wśród wiejskich krajobrazów często zawodzi. Wiedzą o tym dobrze rolnicy. – Każdy, kto się tutaj sprowadza, ma takie marzenie, że wśród pól będzie odpoczywał. Wyjdzie na taras z kawą i popatrzy na kołyszące się na wietrze zboże, zieleń lasu. Nikt nie pamięta, że to efekty ciężkiej i przede wszystkim brudnej pracy – mówią rolnicy z Mikołowa. Tam ukojenia szuka coraz większa liczba osób pracujących w Katowicach.

    Chcą spokoju na łonie natury, jednak nie liczą się z konsekwencjami zamieszkania wśród pól i lasów. – W Kamionce – to takie osiedle właściwie w lesie – nowi mieszkańcy byli zdziwieni, że w okolicy mieszkają dziki. Walczyli z nimi, chcieli jakieś ogrodzenia stawiać, a to przecież sama natura – dziwi się jedna z mikołowianek od pokoleń. Z zegarkiem w ręku Zaskoczenie naturalnymi mechanizmami to jedno. Jednak nowi mieszkańcy gmin wiejskich to często także uciążliwości dla sąsiadów żyjących tu od pokoleń. – Dziwią się oczywistym dla nas rzeczom: że podczas żniw jest głośno, kurzy się, że to praca cały dzień – wylicza Weronika. Najbardziej lokalną społeczność boli brak dobrej woli. – Rodziny, które przeprowadzają się z miasta bardzo pilnują, by wszystkie regulacje były skrupulatnie przestrzegane. Na przykład te dotyczące wywozu gnojówki na pole. Przepisy wyznaczają czas, w jakim maksymalnie musi być zaorana. Nie daj Boże – ktoś się spóźni choć godzinę, już wzywają straż miejską i policję – mówi zdenerwowana. – Taki przykład: żniwowaliśmy, a zbliżała się burza. Musieliśmy przed nią zdążyć, żeby nic nie zostało na polu. Dlatego nie skończyliśmy pracy o 22. To nie była złośliwość, tylko wymuszona przez naturę sytuacja. Ale już któryś z sąsiadów zadzwonił po policję. To strasznie przykre – tłumaczą. Strażnicy miejscy z Mikołowa potwierdzają, że odbierają telefony w tej sprawie. – To nie zdarza się bardzo często, ale widzimy problem – mówi Bogusław Łuczyk, komendant straży miejskiej w Mikołowie. – Najczęściej zgłaszaną niedogodnością jest nieprzyjemny zapach z pól w trakcie ich nawożenia. Przypominam sobie też interwencję, kiedy traktor wyjeżdżający z pola zanieczyścił drogę. Ale wtedy nie było większych problemów, rolnik wszystko uprzątnął. Warto dodać, że jeden z rolników, który uprawia ziemię w Mokrem i Paniowach, od kilku lat pomaga bezpłatnie mieszkańcom tych sołectw usunąć niebezpieczną roślinę: barszcz Sosnowskiego.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół