• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Żorże wśród hanysów

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 18/2017

    dodane 04.05.2017 00:00

    Jeszcze w latach 90. XX wieku w autobusie linii 624 w Gliwicach można było usłyszeć starszych ludzi, którzy mówili ze sobą po… francusku. Wspomina o nich nowe „CzasyPismo”, tym razem poświęcone migracjom na Górnym Śląsku.

    Nie tylko gorole napływali po wojnie do pracy w śląskim przemyśle. A przynajmniej nie tylko „zwyczajni” gorole, czyli przybysze z innych części Polski. Kto pamięta, że w latach 1945–49 do pracy w kopalniach przyjechało około 60 tysięcy „reemigrantów” z Francji i Belgii?

    Zostali rozdzieleni pomiędzy Górny Śląsk i okolice Wałbrzycha. „Przez ludność miejscową nazywani byli »Francuzami«, »Żorżami« lub »żabojadami«. Zamieszkiwali całe osiedla, które z czasem zyskiwały z tego powodu nazwy takie jak »Paryż«...” – czytamy w nowym numerze półrocznika „CzasyPismo”. Opowiada on w lekki, popularny sposób o historii Górnego Śląska. Wydaje go katowicki Instytut Pamięci Narodowej.

    Górnicy z Francji i Belgii

    Jednym z osiedli, które zamieszkali przede wszystkim Polacy wracający z północnej Francji, było Wilcze Gardło pod Gliwicami. Niemcy zaczęli budować tu nowoczesne osiedle niedługo przed wojną, z przeznaczeniem dla rodzin funkcjonariuszy NSDAP, SA i SS. „Płakałam [ze wzruszenia], kiedy nas wysadzili z pociągu w Gliwicach. Potem samochody ciężarowe podstawione przez kopalnię Sośnica przywiozły nas tutaj do Wilczego Gardła. Pusto, bo hitlerowcy uciekli. Zostało tylko sześć rodzin, które czuły się Polakami” – wspominała reemigrantka Zofia Przybysz.

    Adam Kaczmarski, który wyemigrował do Francji w 1929 roku, przyjechał w 1946 roku do Zabrza z żoną i pięciorgiem dzieci. Dzieci tych Polaków, które urodziły się już we Francji i Belgii, często lepiej mówiły po francusku niż po polsku. „Rodzice płakali ze wzruszenia, my młodsi byliśmy w rozterce. Zostawialiśmy wszystko, co bliskie i znane. Szliśmy w wielką niewiadomą, chociaż podobno do siebie. Przygoda, ale i obawa przed nieznanym” – wspominała Alfreda Skiba.

    Ci ludzie tym łatwiej dali się przekonać do przyjazdu do Polski Ludowej, że żyjąc w środowisku robotników północnej Francji, nabrali wielkiej sympatii dla komunizmu. Rządzący zacierali więc ręce, że wzmocnią oni liczbę zwolenników systemu na Górnym Śląsku, gdzie ludność jest tak konserwatywna.

    Bardzo się rozczarowali, bo gdy reemigranci z Francji i Belgii zobaczyli na własne oczy, czym jest komunizm, w większości szybko się z niego wyleczyli... Do Francji jednak wrócić już nie mogli, bo komunistyczny raj okazał się klatką.

    Oczywiście byli też wśród tych reemigrantów ludzie, którzy pozostali komunistami – m.in. późniejszy pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek czy słynny przodownik pracy Wincenty Pstrowski.

    Reemigranci przynieśli na Śląsk sporo kolorytu. Zwłaszcza jeśli mieszkali w zwartych grupach. Na przykład Wilcze Gardło zamieszkiwali reemigranci z Francji, sąsiednią Ostropę – ludność rodzima, a Bojków – Kresowianie. „Na temat poszczególnych społeczności krążyły dowcipy, dochodziło do bójek czy innych utarczek, nawet podczas uroczystości religijnych, festynów etc.” – napisał w „CzasyPiśmie” Zbigniew Gołasz, historyk katowickiego IPN. I dodał, że jeszcze 20 lat temu w autobusie linii 624, z Gliwic w stronę Wilczego Gardła, niektórzy starsi pasażerowie rozmawiali ze sobą po francusku albo po niemiecku – po to, żeby inni nie zorientowali się, o czym mówią.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół