• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Feminizm po chrześcijańsku

    Oprac. ks. Rafał Skitek

    |

    Gość Katowicki 09/2017

    dodane 02.03.2017 00:00

    O rolę i miejsce kobiety w Kościele zapytaliśmy trzy Ślązaczki. Historie ich życia są niepowtarzalne. Łączy je zaufanie do Boga i wiara w człowieka.

    Beata Wleciałowska – chorzowianka. Żona Marka – szkoleniowca piłkarskiego. Mama Jasia, Andrzeja, Zosi, Karola i piotra. Moje miejsce w Kościele to przede wszystkim troska o dobrą relację z Panem Bogiem i, w konsekwencji, z moim mężem. To się przekłada na relację z naszymi dziećmi.

    Miałam szczęście, że w odpowiednim momencie otrzymałam dobrą formację. Na rekolekcjach, w których uczestniczyłam, kształtowała się moja kobiecość, spojrzenie na Boga, na małżeństwo i rodzinę. Z perspektywy czasu wiem, że początkowo nie byłam na to przygotowana: w centrum stawiałam siebie i swoje własne plany. Ślub z Markiem i pojawienie się w naszym życiu dzieci to był wielki przełom. Zrozumiałam wtedy, że tu chodzi o coś więcej. To nie ja mam być na pierwszym miejscu. Z początku nie było to łatwe. Wręcz przeciwnie. Wymagało to ode mnie zmiany myślenia i nowego nastawienia do siebie. Podświadomie chciałam realizować się zawodowo. Byłam rozdarta. Ilekroć wychodziłam do pracy, zostawiając dzieci, słyszałam wewnętrzny głos, że one tam na mnie czekają. Było mi ich strasznie żal. Jako że mój mąż dużo pracował zawodowo, wspólnie podjęliśmy decyzję, że zostanę przy dzieciach w domu. Pamiętam, że odczułam wtedy jakąś niesamowitą ulgę i harmonię. Nagle przestałam się spieszyć, spoglądać na zegarek, niepotrzebnie zamartwiać. To pozwoliło otworzyć się nam na kolejne dzieci. Czasem przychodziły myśli, że poza domem byłoby mi lepiej, przyjemniej, łatwiej. Że tam czeka na mnie ciekawsze życie niż monotonia codziennych obowiązków. Ale dzisiaj czuję satysfakcję, że w najważniejszym okresie życia naszych dzieci byłam w domu. Doświadczyłam ogromnej radości, patrząc, jak zaczynają chodzić, mówić, pisać. Cieszyłam się każdą chwilą spędzoną razem z nimi. Czytałam im książki, modliłam się z nimi, zabierałam do Kościoła. Takie momenty dodawały mi sił i utwierdzały w przekonaniu, że to wszystko ma sens. Niektórzy myślą, że żyjąc w ten sposób, kobieta wiele traci. Ale jest wręcz przeciwnie: sama wiele zyskałam. W pamięci utkwiły mi wszystkie te chwile, kiedy drugi człowiek otwiera się przede mną. Mówię tu oczywiście o moim mężu i dzieciach. To bezcenne i najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Myślę, że właśnie na tym polega rola kobiety w rodzinie i Kościele.

    Bo moim celem było zawsze to, by towarzyszyć bliskim poprzez poszanowanie ich wolności i wspieranie, by wzrastali ku dobru. Nie jest to proste. Nie mogę też powiedzieć, że zawsze mi się to udawało. Ale wierzę, że to jest to „coś”, co jako kobieta mogę dać drugiemu człowiekowi, zarówno w rodzinie, jak i w Kościele.

    Magdalena Buczek – pochodzi z Łazisk. W wieku 9 lat założyła Podwórkowe Kółka Różańcowe. Jest dziennikarką. Mam pewne ograniczenia związane z moją chorobą i cały czas jestem na etapie odkrywania swojego powołania w Kościele i w świecie. Nie wiem, co jeszcze Pan Bóg mi przygotował, bo On lubi zaskakiwać. Jestem otwarta na wszystkie Jego plany.

    Bardzo chciałam skończyć studia i zostać dziennikarką. Wiedziałam, że jest to zawód, który mogę wykonywać w domu, nie ogranicza mnie mój stan zdrowia. Jednocześnie od 20 już lat prowadzę Podwórkowe Kółka Różańcowe. Przez to czuję się potrzebna Bogu i ludziom. Gdy studiowałam teologię duchowości na Wydziale Teologicznym UŚ w Katowicach, usłyszałam na jednym z wykładów, że każda kobieta powołana jest do macierzyństwa. Fizycznego lub duchowego. Było to dla mnie niesamowitym odkryciem, tym bardziej że miesiąc temu po raz pierwszy zostałam matką chrzestną małego Mateusza. A drugi raz zostanę nią niebawem. Czuję wielką wdzięczność wobec Pana Boga, że poprzez takie momenty pozwala mi doświadczyć duchowego macierzyństwa. Mogę powiedzieć, że wielkim wzorem jest dla mnie moja patronka, św. Maria Magdalena. Zawsze porusza mnie jej ewangeliczne spotkanie z Chrystusem po Jego zmartwychwstaniu. To, jak idzie ona do apostołów i ogłasza, że Chrystus żyje. Cieszę się, że papież Franciszek podniósł liturgiczne wspomnienie św. Marii Magdaleny do rangi święta. Ona jest „apostołką apostołów”. Dlatego uważam, że kobiety mają iść i głosić wszędzie tam, gdzie kapłani nie mogą dotrzeć. Ten wymiar zaangażowania kobiety w Kościele jest bardzo ważny. Jakie to miejsca? Wszystkie te, które są im najbliższe. Myślę tu przede wszystkim o rodzinie. Ile do zrobienia mają w niej matka, żona, córka, babcia... Te kobiety winny mieć w sobie pewną świeżość, żywe i autentyczne doświadczenie spotkania z Chrystusem Zmartwychwstałym. Mają być tymi, które jako pierwsze wychodzą do innych, żeby im zanieść Jezusa. W domu, w pracy, w szkole, na uczelni, na ulicy. Wszędzie. Wiadomo też, że powołanie do małżeństwa nie wyklucza angażowania się w różne wspólnoty, w które kobiety wnoszą wielką wartość poprzez świadectwo i posługę. Dla mnie takim miejscem są Podwórkowe Kółka Różańcowe oraz praca dziennikarska. Nie jest to moje dzieło. Wierzę, że Bóg chciał, żeby powstała taka wspólnota. Ja staram się być tylko narzędziem w ręku Jego i Maryi. I tak już od 20 lat. Poprzez modlitwę różańcową i słowo, którym posługuję się na co dzień przy redagowaniu tekstów, mogę pociągać innych do Jezusa przez Maryję.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół