• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Mamy kościół, dajcie księdza

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 06/2017

    dodane 09.02.2017 00:00

    Nawet gdy w wieżę trafił sowiecki granat, radoszowiki nie uciekli ze świątyni, a „nabożeństwo zostało pospiesznie dokończone”... Fascynujące dzieje parafii zostały opisane.

    Radoszowy to dziś dzielnica Rydułtów. Parafia obejmuje jednak też kawał Rybnika-Niewiadomia. Andrzej Adamczyk poświęcił jej wydaną właśnie monografię „Dzieje parafii świętego Jacka w Radoszowach”. Opisał na przykład wydarzenia ze stycznia 1945 r., gdy Niemcy rzucili się do ucieczki przed nadciągającymi Sowietami. Obok kościoła w Radoszowach, zbudowanego po lewej stronie drogi z Rybnika do Raciborza, ciągnął wtedy sznur furmanek z uciekinierami. Panowały akurat siarczyste mrozy i wszystkie konie wyglądały jak siwki – bo całe były pokryte szronem. Dzielna radoszowiczka Siedzący na furmankach wyglądali na przemarzniętych, głodnych i sponiewieranych. Po sześciu latach okupacji nie budziło to jednak wśród radoszowików widocznych objawów współczucia. Uciekający Niemcy byli i tak w o niebo lepszej sytuacji niż ludzie, którzy po nich pojawili się na drodze w stronę Raciborza. Byli to jeńcy sowieccy, pędzeni piechotą na zachód i traktowani przez strażników gorzej niż zwierzęta. „Dla jednej z kolumn zarządzono postój obok kościoła. Mimo ogromnego mrozu ludzie siadali lub padali jak kłody na śnieg.

    Naprzeciw kościoła jest posesja z pompą przy samej drodze. Wkrótce zebrała się grupka kobiet (gdyż mężczyzn właściwie nie było) i jedne pompowały wodę, a drugie podawały ją jeńcom. Po chwili nadbiegł konwojent i zaczął grozić karabinem. Wtedy jedna z kobiet tak go skrzyczała, że chłop zdębiał i już im nie przeszkadzał” – napisał autor monografii. Ta dzielna radoszowiczka krzyczała na konwojenta oczywiście po niemiecku. – Według przekazów rodzinnych powiedziała mu tak: „Jak ty tak pódziesz, to też bydziesz chcioł, żeby ci ktoś woda podoł” – dodaje Andrzej Adamczyk. Kilku jeńców, którzy nie byli w stanie iść dalej, konwojenci dobili strzałami z karabinów. Następnego dnia grabarz – jak czytamy w monografii – w ręcznym wózku przewiózł ich ciała na radoszowski cmentarz i tam pochował. Prawdziwy kościół bez księdza... Akcja tej książki zaczyna się przed pierwszą wojną światową, gdy mieszkańcy kilku podrybnickich miejscowości postanowili wznieść kościół. Realizację tych planów opóźniła I wojna światowa. Już w 1919 r. mieszkańcy Niewiadomia, Pietrzkowic i Radoszów zawiązali więc nowy komitet budowy kościoła. Opodatkowali się i w dwa lata (1920–1921) wznieśli świątynię w stanie surowym – sami, bez księdza. To była całkiem oddolna inicjatywa. W Polsce chyba tylko Ślązacy są – albo byli – zdolni do tak zgodnego i skutecznego kolektywnego działania. Kiedy budowa świątyni kończyła się, delegacja mieszkańców pojechała do biskupa wrocławskiego z prośbą o księdza. „Jest to ewenement w dziejach budowy kościołów” – zauważa autor książki. Kardynał Bertram wysłał wtedy do Radoszów ks. Filipa Pandla. 36-letni kapłan zjawił się w Radoszowach 2 stycznia 1922 roku. Na widok świątyni podobno ze zdumieniem powiedział: „Sądziłem, że zastanę tu małą kapliczkę, a to prawdziwy kościół!”. Andrzej Adamczyk opisał nawet takie ciekawostki jak konflikt radoszowskiego komitetu z architektem i budowniczym Bazylim Gromnitzą. Komitet płacił mu raty według umowy z 1920 r., choć szalała hiperinflacja... Marki niemieckie, a później polskie z dnia na dzień traciły na wartości. – Za kwotę uzyskaną za sprzedaż krowy po tygodniu można było kupić tylko pudełko zapałek... Dopiero Sąd Biskupi kazał później zapłacić budowniczemu według realnie wykonanej pracy – mówi autor. Granatem w wieżę Kościół został poświęcony 95 lat temu: 22 lutego 1922 roku. Trzy lata później konsekrował go administrator apostolski August Hlond – późniejszy biskup, kardynał i prymas Polski, kandydat na ołtarze. W monografii są też opisane tak dramatyczne chwile jak nabożeństwo Drogi Krzyżowej 2 marca 1945 roku. Sowiecki granat, nadlatujący od strony Jejkowic, uderzył wtedy w wieżę kościelną. „Kornelka zabito!” – rozległo się w kościele, bo spadający gruz przysypał grającą na organach młodziutką Kornelię Wieczorek. Dziewczyna jednak przeżyła, a nawet próbowała dalej grać, ale organy były już uszkodzone... Najciekawsze, że radoszowiki nie uciekli z kościoła, a „nabożeństwo zostało pospiesznie dokończone”. Kornelia po wojnie została siostrą służebniczką; przyjęła imię Laurentia. Autor pisze też o tym, jak Sowieci sprofanowali kościół i wprowadzili do niego konie. Są i fascynujące wydarzenia powojenne – np. peregrynacja Matki Boskiej w 1967 roku. Do parafii dotarły same puste ramy – bo komunistyczne władze zaaresztowały peregrynującą kopię jasnogórskiego obrazu. Radoszowy nigdy wcześniej ani później nie widziały takiego tłumu wiernych jak wtedy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół