• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Ostatnia szychta

    Joanna Juroszek

    |

    Gość Katowicki 47/2016

    dodane 17.11.2016 00:00

    To była jedna z najtragiczniejszych katastrof górniczych. We wtorek 21 listopada 2006 r. ok. 16.30 śmierć przyszła do 23 mężczyzn.

    Ośmiu górników kopalni „Halemba” i piętnastu pracowników firmy MARD w pokładzie 506 na głębokości 1030 metrów demontowało sprzęt z likwidowanej ściany wydobywczej. Zapłon i wybuch metanu doprowadziły do wybuchu pyłu węglowego. Kto zawinił? W październiku w Sądzie Okręgowym w Gliwicach ruszył ponowny proces w tej sprawie.

    Ksiądz był z nami

    Ks. Bernard Drozd, proboszcz parafii Matki Bożej Różańcowej w Rudzie Śląskiej – Halembie, o tragedii dowiedział się w kancelarii. Skończył pracę, ubrał się i poszedł na kopalnię. Na miejscu były już rodziny ofiar. Nie brakowało i mediów. – Panika, ludzie byli w szoku. W pierwszy dzień byliśmy tam chyba do 4.00. Modliliśmy się. Następnego dnia rano odprawiliśmy Mszę – wspomina. Na kopalnię kapłani przychodzili także w kolejne dni. Byli tam do momentu, kiedy wiadomo było, że nikogo nie udało się uratować. – Po iluś latach na kolędzie ojciec człowieka, który zginął i był z mojej parafii, powiedział mi: „Dobrze, że był tam ksiądz z nami”. Właściwie była to sama obecność, trudno było ich pocieszać… W intencji tragicznie zmarłych górników co roku w kościele MB Różańcowej na Halembie odprawiana jest Msza. Tak będzie i tym razem – w poniedziałek 21 listopada o 8.00. Potem wierni w intencji zmarłych pomodlą się przy pomniku na cmentarzu komunalnym. Ks. Jerzy Nowak, proboszcz parafii św. Barbary w Rudzie Śl.-Bykowinie, w tym czasie był archidiecezjalnym duszpasterzem górników. Paru zmarłych na „Halembie” pochodziło właśnie z jego parafii. – Większość z nich pracowała w firmie okołogórniczej MARD. Praktycznie każdy miał już emeryturę, ale chciał jeszcze trochę dorobić – mówi. Kapłan odwiedził najbliższych tragicznie zmarłych. – Byłem u każdej z tych rodzin jeszcze przed pogrzebami ze wsparciem duchowym, rozmową. Chciałem jakoś podtrzymać ich na duchu. Po prostu z nimi być, żeby nie czuli się osamotnieni – wyjaśnia. Zginęli wszyscy. O ich śmierci najbliżsi dowiadywali się stopniowo: od wtorku 21 do czwartku 23 listopada. Najstarszy górnik miał 59 lat, najmłodszy – 21. By zobaczyć, kim byli, wracam do tekstów sprzed 10 lat autorstwa moich redakcyjnych kolegów.

    Ofiary wybuchu

    Najpierw ośmiu pracowników kopalni „Halemba”. Dariusz Dola chwilę przed tragedią awansował do grona dozoru w oddziale elektrycznym. Miał 30 lat, żonę i 7-miesięcznego syna. Mieszkał w Rudzie Śl. Krystian Sitek był nadsztygarem górniczym. Miał 47 lat, mieszkał w Chorzowie. Był żonaty, osierocił synów w wieku 18, 19 i 24 lat. Kibicował Ruchowi Chorzów. Teodor Banduch był sztygarem zmianowym oddziału wentylacyjnego. Miał 50 lat. Mieszkał w Rudzie Śl.-Czarnym Lesie. Pozostawił żonę i dwie córki w wieku 19 i 23 lat. Krzysztof Bubała miał 37 lat, żonę Joannę i 15-letniego syna Mateusza. Był inżynierem ds. tąpań. Nie dokończył kafelkowania piwnicy swojego domku w Mikołowie. Był złotą rączką, a jego hobby były komputer i muzyka. Wychodząc na ostatnią szychtę, zostawił swój śpiewnik otwarty na stronie z piosenkami: „Pochwalony bądź, Panie”, „Nie umiem dziękować ci, Panie” i „Jezioro Genezaret”. Janusz Gęsikowski miał 47 lat. Pochodził z Rudy Śl. Pozostawił żonę i dwoje dzieci w wieku 17 i 20 lat. Był „metaniorzem”. Arkadiusz Falkus miał 29 lat. Mieszkał w Paniówkach. Miał żonę i 2-letniego syna Pawła. Był zapalonym piłkarzem, jako dziecko – ministrantem. Mirosław Toczek, elektromonter, miał 45 lat, mieszkał w Rudzie Śl. Miał żonę i troje dzieci w wieku 5, 16 i 18 lat. Zbigniew Turniak pracował na tym samym stanowisku. Zginął w wieku 38 lat. Był kawalerem z Rudy Śl. Z firmy MARD zginęło 15 pracowników. Wszyscy mieszkali w Rudzie Śl. Tadeusz Rymaszewski miał 51 lat, żonę Mariannę i dwie córki: 25-letnią Kasię i 23-letnią Bernadetę. – Nigdy nie krzyczał, nie potrafił się gniewać, zawsze szybko zapominał złe rzeczy – mówiła o nim córka Kasia. Edward Sobota miał 59 lat. Był żonaty, osierocił dwie córki i dwóch synów. Mariusz Miłkowski miał 36 lat. Pozostawił żonę i 4-letniego syna Denisa. Adrian Wąsowski miał 23 lata, był kawalerem. Andrzej Giemza miał 47 lat, żonę Elżbietę i troje dzieci w wieku 18, 17 i 13 lat. Wit Siepka miał 48 lat. Pozostawił żonę, 17-letnią córkę i dwóch synów w wieku 19 i 8 lat. Daniel Kindla zginął w wieku 21 lat. Miał półtorarocznego synka Jakuba, planował ślub. Bernard Poloczek miał 46 lat, żonę Mariolę i 13-letniego syna Adama. Przemysław Jóźwiak miał 21 lat, był kawalerem. Krzysztof Prygiel miał 51 lat. Pozostawił żonę Urszulę i 19-letnią córkę Justynę. Ireneusz Barbański miał 32 lata, żonę Monikę i trzy córki w wieku 8, 6 i 2 lat. Krystian Gaszka miał 41 lat, żonę Mariolę, 14-letniego syna i 9-letnią córkę. Jan Hilman miał 45 lat, był kawalerem. Jacek Mierzchała dzień przed tragedią skończył 39 lat. Pozostawił żonę Bożenę i dwoje dzieci: 13-letniego synka i roczną córeczkę. Henryk Samisz miał 52 lata. Był żonaty, osierocił 23-letniego syna. Dziś bliscy górników są o 10 lat starsi. Tylko pod ziemią zatrzymał się czas…

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół