• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Pęknięte serce Italii

    ks. Rafał Skitek

    |

    Gość Katowicki 39/2016

    dodane 22.09.2016 00:00

    Luigina nie ma pretensji do Pana Boga. Jest Mu wdzięczna, że żyje – ona sama i jej proboszcz, ks. Krzysztof. Wierzy, że zniszczenia uda się odbudować. I że za rok znowu na wakacje przyjadą do niej wnuki.

    WAccumoli, leżącej na terenie diecezji Rieti, spędziliśmy jeden dzień. Z Łukaszem Zychem, reporterem Radia eM, odwiedziliśmy pochodzącego z Pszczyny ks. Krzysztofa Kozłowskiego. Pokazał nam zniszczone centrum miasta i pomógł spotkać się z osobami, które ucierpiały w niedawnej tragedii. W historycznej części miasta ogłoszono czerwony, najwyższy stopień zagrożenia. Podobnie jest w innych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscowościach, zwłaszcza w Amatrice i Pescarze del Tronto. Na dotknięty tragedią teren trudno wejść. Dostępu do niego pilnują żołnierze. Do środka wchodzimy jednak z tutejszym proboszczem, ks. Krzysztofem Kozłowskim. Od dwóch lat posługuje w parafii św. św. Piotra i Wawrzyńca w Accumoli.

    Wchodząc do położonego na 850 m n.p.m. miasteczka, mijamy popękane, mocno zniszczone, a nawet zawalone domy. Stosy kamieni i gruzu. Nie da się tu teraz mieszkać. Dopiero co ewakuowano stąd mieszkańców. Nie wiadomo zresztą, kiedy i czy w ogóle tu wrócą. Pytamy o to strażaków, karabinierów, pracowników włoskiej ochrony cywilnej. Ale wszyscy rozkładają ręce.

    Teraz jest inaczej

    Zastawione stoły, porozwieszane pranie czy wystająca zza ruin rozłożona deska do prasowania dowodzą, że jeszcze niedawno Accumoli tętniło życiem. Mieszkańcy chętnie spotykali się na placu św. Franciszka, obok kościoła pod tym samym wezwaniem. Jednak teraz jest inaczej. Po silnych wstrząsach musieli przenieść się do pięciu specjalnie przygotowanych obozów: Accumoli, Grisciano, Illica, Roccasali i Fonte del Campo. Trudno tu o radość czy szczery uśmiech. Częściej widać zalane łzami twarze czy przynajmniej zaszklone oczy. Sam jestem zakłopotany i nie bardzo wiem, jak zacząć rozmowę. A może po prostu nie wypada? Staram się bardziej słuchać, niż pytać. W zagłuszającym rozmowę deszczu i w wycedzonych z trudem słowach próbuję uchwycić sens tego, co się stało. – Potrzeba nam teraz tylko spokoju. Jeśli będziemy mieli zapewnioną pracę i zagwarantowane bezpieczeństwo, to będziemy szczęśliwi – słyszę od małżonków, którzy mieszkali w historycznej części Accumoli. Proboszcz pokazuje nam jeszcze dwa inne obozy dla poszkodowanych. Zabiera nas także do innych miejscowości należących do jego parafii. Dom Luiginy Vidoni, położony w pobliżu kościoła Madonna del ponte, nie nadaje się do zamieszkania. Nie musiała się jednak przenosić do obozu dla poszkodowanych. Zamieszkała w niewielkiej altanie w ogrodzie. Przed trzęsieniem ziemi ze swego popękanego dziś domu spoglądała na kwitnące tu kwiaty. Zaprasza nas do siebie. Nakrywa do stołu i pyta, czy napijemy się kawy. W środku nie ma miejsca aż dla trzech osób. Od rzęsistego momentami deszczu chronią nas słoneczne parasole.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół