• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Taka matka jak moja

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 30/2016

    dodane 21.07.2016 00:00

    Do ks. Piotra Wenzla, tuż przed wyjściem pielgrzymki na Jasną Górę, przyszedł z płaczem chłopak z noclegowni. Powiedział, że bardzo chciał iść, ale nie da rady. Pokazał stopy, które odmroził zeszłej zimy. Były bez palców.

    Aż 30 z 45 moich pielgrzymów nie jestem w stanie sam pomóc – mówi ks. Piotr. – Tu może zadziałać tylko Matka Boża. Trudne sprawy wymagają takiej drogi. Idą po cuda, zapominając, że ich wyjście z noclegowni, melin, smutku już jest cudem.

    Ksiądz nieraz się przekonał, że wystarczy kilka minut uwagi poświęconej drugiemu, żeby zmieniło się jego życie. Dwa tygodnie temu zajrzał na 3 minuty do mieszkania Wiesława, żeby spytać, jak mu się żyje, i dzięki temu mężczyzna pielgrzymuje razem z nimi. 30 lat temu, kiedy był przewodnikiem górskim, ślubował śpieszyć na pomoc potrzebującym. Konsekwentnie robi to dziś.

    * * *

    – Może podczas drogi zrobią wam się rany na nogach, ale mamy siostry, które pomogą w ich opatrywaniu – informuje ks. Piotr na starcie pielgrzymki w sanktuarium w Leśniowie.

    – Są też inne rany do uleczenia, w sercu – dodaje 9-letnia Weronika, która idzie w pielgrzymce z mamą. Ksiądz chwali, mówi, jaka jest mądra.

    Nie jest 
supermanem

    To już trzecia pielgrzymka bezdomnych, biednych, mających na przeżycie kilka złotych dziennie, którymi zajmuje się ks. Piotr Wen­zel. Mieszkają w Rudzie, Wirku, Goduli – dzielnicach Rudy Śląskiej, a od dwóch lat, czyli od czasu, gdy został proboszczem parafii św. Andrzeja Boboli w Wirku, ściągają do niego. Pani Iza, która tylko o księdzu słyszała, kiedy znalazła się po pobiciu na OIOM-ie, kazała lekarzom powiadomić właśnie jego. Nie jest w stanie iść, ale jedzie za pielgrzymką w podzięce za życie. – Kiedy przyszedłem, probostwo było w ruinie – opowiada ksiądz. – W jego odnowieniu pomogli mi bezdomni.

    W podpiwniczeniu uruchomił dla nich dzienny dom pobytu. Cieszy się, że zjednoczyli w niesieniu pomocy innym jego parafię, liczącą 1600 wiernych. Kiedy ogłosił, że potrzebują plecaków na pielgrzymkę, dostał ich całą górę. Co niedziela o 12.00 sprawuje dla podopiecznych dodatkową Mszę św., po której około 80 osób spotyka się na wspólnym obiedzie, fundowanym przez zaprzyjaźnione restauracje. Nie zdarzyło się, żeby ktoś z parafian świętujących urodziny nie przyniósł im blachy z ciastem.

    Działania księdza są tak skuteczne, że rocznie 30 przychodzących do niego alkoholików korzysta z zamkniętej terapii odwykowej. To wielokrotnie wyższe wskaźniki niż w klubach AA w okolicznych miastach. – Nie jestem supermanem – zastrzega. – Nic bym nie zrobił bez chętnych do pomocy.

    W organizacji pielgrzymki wspiera go Alina Szulirz, szefowa Stowarzyszenia Filipa Nereusza, dziewica konsekrowana. Przyznaje, że wyszli w drogę dzięki ofierze, która niedawno wpłynęła na konto stowarzyszenia. – Jak widać, można zainwestować w to, żeby ktoś spotkał się z Panem Bogiem – mówi. Kiedyś zaproszono ją do dyskusji „Po co ubogim potrzebny jest Pan Bóg?”. – Bo potrzebne są im wiara, nadzieja, miłość – odpowiedziała. – Wielu szuka pomocy u terapeuty, ale to Pan Bóg zmienia głębiej, lepiej, szybciej.

    Ksiądz Piotr zaczął zajmować się potrzebującymi jako młody wikary. Któregoś dnia biedny mieszkaniec familoka zaprosił go do domu: „Niech ksiądz przyjdzie i nam pobłogosławi”. Poszedł, a potem inni zaczęli go zapraszać, wierząc, że jego modlitwa pomoże na problemy – na to, że chłop pije, że brak im pracy i zdrowia. Abp Wiktor Skworc, widząc jego zaangażowanie, ustanowił go koordynatorem programu „Światło w familoku”, mającego na celu ewangelizację ubogich.

    Życie 
na włosku

    Mają pseudonimy, które świadczą o ich słabościach albo umiejętnościach. Idącego w pielgrzymce Piotra nazywają „Herbatką”, bo zawsze zamiast herbaty miał do picia coś mocniejszego. – Stało się, jak się stało – przepiłem swoje życie – mówi. – Mam rodzinę, żonę, troje dzieci, wnuki. Straciłem pracę, spałem w chlewikach, w pustych domach, na ławkach. Ostatnio miałem ciężkie przejścia. Na moich oczach kolega zmarł z przepicia. Drugiego kolega zabił garnkiem, bo ugotował jedzenie, a temu nie smakowało. Miał tak zmasakrowaną twarz, że nie mogłem go poznać. Po jego śmierci zrobiliśmy w tym miejscu ołtarzyk i modliliśmy się. Przyszedł właściciel posesji, który był znajomym ks. Piotra, i zawiózł mnie do niego. W zeszłym roku na pielgrzymce modliłem się o trzeźwość, a po powrocie poszedłem na odwyk. Teraz nie piję i znalazłem robotę. Matka Boża to jest taka matka jak moja. Moja, już świętej pamięci, wychowała nas ośmioro. Chciałbym się pogodzić z rodziną, także z żoną, która ułożyła sobie życie. Syn już mnie na obiad zaprosił. Mam trzech wnuków, a w zeszłym roku w marcu urodziła mi się wnuczka. Jeszcze jej na oczy nie widziałem, a tak bym chciał.

    Lech, pseudonim „Leon”, 34 lata, jest bezrobotny. Nie płaci czynszu. – Kiedy przestaję pić, to spotykam ludzi, którzy chcą mi pomóc, a jak się nachleję, to wszystko bierze w łeb. Alkohol piję od 14. roku życia. W Niemczech na dwa lata poleciałem w marihuanę i amfetaminę, bo namówiła mnie dziewczyna. Na kolejne trzy lata zamieniłem je na dopalacze. Potrafię dwa tygodnie chlać tak, że trzy razy dziennie jestem pijany i nic nie pamiętam. Idę, prosząc, żeby absolutnie nie pić, i dziękuję za cuda. Rok temu moje życie wisiało na włosku. Najpierw wycięli mi śledzionę uszkodzoną w czasie bójki. Po półtora miesiąca dostałem głębokiej anemii i przetoczyli mi litr krwi. W szpitalu słyszałem w głowie głosy, że życie złe prowadziłem. Matka Boska jest jak moja mama. Na izbie przyjęć pracuje i mówi, że mnie już nie chce widzieć, a potem pomaga.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół