• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Monika i dzieci św. Judy

    Krzysztof Błażyca

    |

    Gość Katowicki 12/2016

    dodane 17.03.2016 00:00

    Wolontariat misyjny. – Nie czuję się sama. Wspiera mnie moja parafia i „Aniołowie misji”. Tak łatwiej pracować – przekonuje Monika Krasoń, świecka misjonarka z Łazisk Górnych. Z końcem marca kończy dwuletni wolontariat w Ugandzie.

    Monikę odwiedzam w Gulu, na północy Ugandy. To tereny jeszcze niedawno doświadczone okrucieństwem rebelianckiej Armii Oporu Pana, której liderzy poszukiwani są przez haski trybunał za zbrodnie przeciw ludzkości. – ... i wydłubali oczy. Tu tak jest do teraz. Tyle się napatrzono tych okropności – mówi Monika. Wiele się już nasłuchała, jak wojna zmienia człowieka. – Misjonarze opowiadali, że trupy leżały po rowach. A oni chowali ciała. Bo trzeba uszanować człowieka. Dziś Gulu jest spokojne, ale ludzie wciąż żyją z traumą przeszłych dni.

    Odtrącone

    Monika jest pielęgniarką i fizjoterapeutką. Pracuje w St. Jude Centre. To sierociniec, szkoła i ośrodek rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych dzieci. – Trudno było na początku zrozumieć tutejszą kulturę. Tu dzieci niepełnosprawne są odtrącane od społeczeństwa. Są defektem dla ludzi. Oni nie rozumieją, nie akceptują niepełnosprawności. Wiele chorób to wynik zaniedbania. Ludzie są biedni i gdy nie mają pieniędzy, nie leczą dzieci.

    Mamy jedno dziecko niepełnosprawne z powodu malarii mózgowej i chłopczyka mającego problemy z serduszkiem. Lekarze mówią, że gdyby to zdiagnozowano trzy lata temu, można by było zaradzić. Teraz już nie da się nic zrobić. A gdy pojawia się epilepsja, ludzie wierzą, że to złe duchy opętały dziecko.

    Zakonny Indiana Jones

    Ośrodek St. Jude podlega pod archidiecezję Gulu. Prowadzi go brat Elio Croce, kombonianin z Włoch. Oszczędny w słowach. Przez bezpardonowy styl bycia współbracia nazywają go... Indiana Jones. Przeżył wszystkie tutejsze dramaty. Był w miejscach masakr. Dziś jest wdzięczny za wolontariuszy. – Elio ma serce dla tych dzieci – uśmiecha się Monika. – Jest odpowiedzialny za szpital. To wiele pracy. My w St. Jude prowadzimy klinikę. Leczymy lżejsze choroby. Poważniejsze przypadki wysyłamy do szpitala – mówi. Szpital Lacor w Gulu to jeden z najlepszych w Ugandzie. W czasie ataków Armii Oporu Pana (1987–2007) dawał schronienie dziesiątkom tysięcy ludzi. Tu też leczone były ofiary eboli w 2000 roku. Dziś na terenie szpitala jest pomnik pamięci lekarzy, którzy zmarli, niosąc pomoc pacjentom. – Ten szpital ma dobrą renomę. Przyjeżdżają też lekarze z innych krajów – dodaje wolontariuszka.

    Aniołowie pomogli

    Monika podkreśla, że wiele mogła zrobić na misji jedynie dzięki pomocy parafii i programu Archidiecezji Katowickiej „Aniołowie Misji”. Tak powstał pokój zabiegowy. – Początkowo było tylko drzewo, które dawało cień, a pod drzewem mata, potem tzw. altanka – miała ona zadaszenie, co pozwalało na ciągłą rehabilitację, bez potrzeby opuszczania miejsca ze względu na deszcz…

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół