• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Proszę tylko o cukierka

    Aleksandra Pietryga

    |

    Gość Katowicki 08/2016

    dodane 18.02.2016 00:00

    Podobno pierwszego anioła przyniosła chora na anoreksję nastolatka. Zrobiła go sama. Może to był ten ulepiony z modeliny, ubrany w pomarańczowy kubraczek? A może ten wydziergany z włóczki? Anielska historia tej kaplicy ma już ponad piętnaście lat.

    Aniołów ciągle przybywa. Jest ich kilka tysięcy. Tłoczą się pod ścianami, na ścianach, na specjalnie zrobionych drewnianych półkach. Są anioły kolorowe, białe, drewniane i porcelanowe. Niektóre zabawne, inne dostojne. Uśmiechnięte i rozmodlone. Część z nich powędrowała już na szpitalny korytarz. Spoglądają na małych pacjentów z oszklonych witryn. Anioły przynoszą do kaplicy pacjenci, ich rodzice, dziadkowie, babcie. Niezwykłe wota, aby podziękować Panu Bogu za cudowne uzdrowienie dziecka. Albo za pomyślne leczenie czy dobrych lekarzy. A czasem to ostatni akord wdzięczności za życie malucha, który odszedł już do nieba… Kaplicą Aniołów Stróżów w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka im. Jana Pawła II opiekuje się franciszkanin ojciec Paweł Ostrzałek. Stanowczy, uśmiechnięty – wzbudza zaufanie. Dzieci go lubią. – To chyba przez te cukierki w kapturze – śmieje się. – Jakie cukierki? – A takie różne – odpowiada i podnosi do góry wieko dużej, wiklinowej skrzyni po brzegi wypełnionej słodyczami w kolorowych papierkach. Te cukierki to taki klucz do serc zblazowanych nastolatków, którym na widok księdza uruchamiają się mechanizmy cynizmu.

    Ojciec Paweł pyta, czy chcą się wyspowiadać, przyjąć Komunię, a oni śmieją się, że tylko cukierka. Tak jest raz, drugi, trzeci, aż nieraz w końcu decydują się na sakramenty. – Pamiętam chłopca, może szesnastoletniego, z zanikiem mięśni – opowiada zakonnik. – Za każdym razem, kiedy do niego przychodziłem, pytałem, czy chce przyjąć sakramenty, a on odpowiadał z uśmiechem, że prosi tylko o cukierka. Pewnego dnia modliłem się w kaplicy i weszła jakaś pani. Nie wiem, skąd się wzięła, kim była. Pomodliła się, a potem podeszła do mnie i powiedziała: „Ojcze, proszę iść teraz do tego chłopca, bo jest z nim już bardzo źle”. Poszedłem, wchodzę na salę, widzę, że siedzi, uśmiecha się, jest w pełni świadomy. Pytam, czy chce cukierka. Tak, chce. Potem pytam, czy chce porozmawiać. Rozmawiamy, aż w końcu stawiam pytanie, czy chce się wyspowiadać. Po raz pierwszy odpowiada, że tak. Wyspowiadał się, przyjął Komunię, zgodził się także na sakrament namaszczenia chorych. I to był ostatni dzień jego świadomego życia na ziemi… Wielu rodziców chorych dzieci szuka w kapelanie wsparcia, odpowiedzi na trudne pytania: „Czy moje dziecko umrze?”, „Dlaczego Bóg pozwolił na to cierpienie?”. Czasem jednak, widząc księdza przy łóżku dziecka, zbuntowani rodzice żądają, by zakonnik opuścił salę. Ojciec Paweł to rozumie. Informacja o chorobie dziecka, czasem nieuleczalnej, wywraca życie do góry nogami. Do serca wkradają się strach, gorycz, ból. Potrzeba czasu, by oswoić się ze swoimi uczuciami. Budować na nowo świat, kiedy ten stary i uporządkowany właśnie runął jak domek z kart. – Często jest tak, że ci sami ludzie po czasie zaczynają szukać kontaktu, rozmowy, nieraz spowiedzi – opowiada kapelan. Kiedy Patryk po raz pierwszy trafił na onkologię, jego mama, żywotna i radosna kobieta, dowiedziała się o śmierci któregoś z dzieci tego oddziału. Powiedziała, że gdyby umarł jej syn, ona by tego nie przeżyła. Kiedy po wielu miesiącach leczenia nastąpił nawrót choroby nowotworowej Patryka i jego powrót na oddział onkologiczny, ojciec Paweł zobaczył w matce chłopca zupełnie inną kobietę.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół