• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • 2 mln dla Pauliny

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:00

    Świadectwo rodziców. – Czuwanie przy łóżku Pauliny to był czas rekolekcji, wyjścia na pustynię – wspomina Małgorzata Szołtysek. I zaraz dodaje, że możliwość modlitewnego towarzyszenia córce w chwili śmierci była dla niej… łaską od Boga.

    Historia choroby Pauliny Szołtysek poruszyła wielu. Córka znanego i lubianego na Śląsku pisarza regionalisty walczyła z agresywną białaczką, a później z jej nawrotem. Szansą wydawał się lek dostępny jedynie w Stanach Zjednoczonych. Choć jego cena była zaporowa, ruszyła zbiórka pieniędzy.

    Czas święty

    – Zewsząd mieliśmy też informacje o modlitwie – wspomina Małgorzata Szołtysek. – Kiedy ktoś znajomy pytał, jak pomóc, odpowiadałam: „Zamów Mszę Świętą”. Byłam przekonana, że wymodlimy cud. W tym przekonaniu trwałam właściwie do samego końca. Nawet gdy Paulina trafiła na OIOM w piątek, 11 września. Wtedy zadzwoniłam do znajomego, który powiedział, że jest właśnie na rekolekcjach z o. Augustynem Pelanowskim. Zapewnił mnie, że wszyscy będą się w intencji Pauliny modlić. To mnie podniosło na duchu. Pomyślałam, że Pan Bóg dokona takiego spektakularnego cudu w momencie, kiedy wszyscy już stracą nadzieję… I ja modliłam się o niego… – głos mamy Pauliny na chwilę się łamie, a oczy zachodzą łzami.

    Jednak Pan Bóg miał inny plan. Paulina odeszła 13 września. – Zdaję sobie sprawę, że po ludzku ponieśliśmy klęskę, ale przecież Jezus uczy nas, że mamy odwrócić myślenie, bo tylko ten, kto swoje życie straci, zachowa je. I nie chodzi tu tylko o dosłowną śmierć fizyczną, ale o to, że po ludzku „mamy tracić czas dla Jezusa”. Dziś wiem, że choroba mojej córki to był święty czas. Ja nie muszę wszystkiego rozumieć. Zresztą Pan Jezus powiedział, że mamy się stać jak dzieci. A one nie zadają zbędnych pytań – mówi Małgorzata już pewnym i silnym głosem. – Pamięta pani, jak w trakcie zbiórki pieniędzy rozmawialiśmy i ja powiedziałem, że jestem jak Hiob? Że nie wiem, po co jest to cierpienie, ale wierzę, że Pan Bóg mi to wyjaśni. Dziś dalej nie wiem. Ale wiem jedno: że Hiob miał o tyle gorzej niż ja, że żył przed Jezusem i nie miał perspektywy zmartwychwstania – włącza się Marek Szołtysek.

    Pielgrzymkowa klamra

    Małgorzata cały czas uczy się dostrzegać we wszystkim, co ich spotkało, Boży plan. – Chyba muszę zacząć od tego, że się do czegoś przyznam – spogląda na męża z uśmiechem. – Nie jestem Ślązaczką. Urodziłam się w Częstochowie, w szpitalu tuż obok Jasnej Góry. Dlatego z Maryją zawsze miałam dobry kontakt. Powierzałam jej od dziecka wszystkie moje sprawy. Ale Pana Jezusa nie znałam, właściwie dziś mogę śmiało stwierdzić, że nie miałam z Nim relacji. Dopiero po przeczytaniu „Pasji” według Katarzyny Emmerich (a dostałam ją razem z „Gościem Niedzielnym” przed Wielkanocą 2014 roku, czyli na 5 miesięcy przed zachorowaniem Pauliny), kupiłam najnowsze tłumaczenie Pisma Świętego z komentarzem i całe je przeczytałam.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół